Wydawało się, że nic i nikt nie jest w stanie zakłócić trendu wzrostowego na warszawskiej giełdzie. Rynek ignorował słabość giełdy amerykańskiej i giełd europejskich - dopiero załamanie na rynku metali nie pozostało bez echa. Środowa wielka przecena niklu, miedzi i aluminium doprowadziła do realizacji zysków również na akcjach.

Prym w spadkach wiodła dotychczasowa lokomotywa hossy - KGHM. Bardzo duże obroty na spółce miedziowej świadczą, że ktoś znaczący realizuje zyski w obawie, że ceny miedzi zakończyły już hossę. Przypomina to sytuację z ropą naftową, kiedy wydawało się, że to już koniec wzrostu - nagle ogłoszono spadek zapasów tego surowca i przebiliśmy 50 dolarów za baryłkę. Podobnie zapewne będzie i z miedzią, gdyż raczej należy spodziewać się spadku zapasów tego surowca niż wzrostu. Co to oznacza dla nas? To, że główny motor spadków powinien stać się ponownie liderem wzrostu i nie zdziwię się, jak będzie zyskiwał na wartości równie szybko jak tracił. Ostatnie sesje pokazały, jak wiele zależy od notowań KGHM.

Zeszłotygodniowy spadek naszych indeksów swoją dynamiką zaskoczył nawet zatwardziałych pesymistów. O ile można było się upierać, że przed ofertą PKO PB indeksy spadną, o tyle trzysesyjne tąpnięcie raczej nie wchodziło w grę. Bardziej spodziewano się powolnego osuwania indeksów, rozłożonego w czasie. I pewnie by tak było, gdyby nie tzw. czynnik zewnętrzny, o którym już wcześniej wspomniałem. Zadziwia również sposób spadku. Mimo że indeksy traciły dość znacznie na wartości, nie było widać oznak paniki. Wyglądało to, jakby następowała płynna zmiana właścicieli po określonych niższych cenach.

Wprawdzie wzrost został co najmniej na chwilę zatrzymany, jednak to nie zmienia faktu, że cały czas mamy do czynienia z hossą, a obecny etap, to na razie tylko przystanek w drodze na nowy szczyt. Liczenie na to, że po takim głębokim spadku z dużym obrotem czeka nas jedynie podbicie korekcyjne, jest logiczne, ale może okazać się błędne. Przecież wszyscy tego oczekują.