Zarabianie na naszym rynku w ostatnim czasie stało się bardzo trudnym zajęciem. Nie chodzi tylko o selektywność poszczególnych ruchów wzrostowych, ale też o zmienność nastrojów nawet na następujących po sobie sesjach. W poprzedni czwartek w końcówce notowań pojawiła się pokaźna podaż, która zabrała cały wcześniejszy wzrost, a już w piątek WIG20 pokonał maksimum z poprzedniego dnia. Wtorek przyniósł kontynuację wzrostu, ale w środę prawie całkowicie został on zredukowany. W roli głównej występują banki, a w tle przewija się wciąż temat PKO BP.

Dwie ostatnie wzrostowe sesje były wynikiem poprawy notowań banków. Inwestorów do wzmożonych zakupów miały zachęcić spodziewane ogromne redukcje zleceń instytucjonalnych inwestorów na PKO BP. Trudno jednak ten argument uznać za sensowny. Wiadomo przecież od dawna, ile walorów przypadnie na krajowe instytucje - 90 mln sztuk. Bez względu na wielkość złożonych zapisów tyle właśnie dostaną. A skoro zapisów opłacać nie muszą, a dodatkowo mają szanse z nich się wycofać, to mogą je złożyć na dowolną liczbę papierów. Zatem epatowanie kwotami kilkudziesięciu miliardów złotych, na jakie mają opiewać deklaracje kupna krajowych instytucji, trzeba uznać za tworzące pewną iluzję. Na jej podstawie trudno wyciągać racjonalne wnioski.

Śladem naszego parkietu zaczynają podążać giełdy w USA. Z tym że zmiany tamtejszych indeksów wydają się bardziej zrozumiałe. Liczą się przede wszystkim wybory oraz ropa. W pierwszej kwestii wszystko wiadomo. Teraz powstaje pytanie, czy zwycięstwo Busha zostało w pełni zdyskontowane silnym zachowaniem amerykańskich indeksów przez ostatnie półtora tygodnia. Wiele na to wskazuje. Przed inwestorami staje teraz perspektywa roku powyborczego, który generalnie nie jest dobry dla rynku akcji. Indeks S&P 500 podjął wczoraj jeszcze jedną próbę przebicia się przez barierę 1140 pkt. Jeśli znów się nie powiedzie, otrzymamy czytelny sygnał słabości kupujących. To będzie zapowiadało kolejny ruch w dół w ramach wielomiesięcznej tendencji bocznej.