0 9.15 dalej nie ma nikogo. Dzwonię na jego komórkę - nie odpowiada.
0 9.30 już straciłem nadzieję, ale po chwili moja reasercherka odbiera telefon. Dzwoni właśnie mój kandydat. Twierdzi, że miał wypadek i nie mógł dojechać na czas. Przeprosił, podziękował, pożegnał się i szybko odłożył słuchawkę. Reasercherka nie zdążyła nawet zapytać, czy nic mu się nie stało i czy moglibyśmy ustalić inny termin. To ważny kandydat, nie dajemy więc za wygraną. Na moje polecenie reasercherka dzwoni. Nalega i dopytuje, czy jest szansa na spotkanie jeszcze dzisiaj. Patrzę na nią, kiedy stara się go przekonać. Uśmiecha się, czaruje, uspokaja i wreszcie kandydat się łamie. Godzinę później wchodzi do pokoju.
- Przepraszam za dzisiaj rano. Ktoś mi zajechał drogę. Nic poważnego. Właśnie byłem w pobliżu pana biura. Musiałem zostawić samochód w warsztacie. Przepraszam bardzo. Od razu panu powiem, że nie wiem, czy pan nie straci ze mną czasu. Przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że ta oferta nie jest dla mnie. Ale ze względu na to, że pan jest takim wielkim autorytetem w dziedzinie rekrutacji, nie mogłem panu odmówić. Zresztą, może ma pan inną ofertę? Może nasza współpraca będzie bardziej owocna w przyszłości?
Po takim wstępie z jego strony prowadzę normalną rozmowę kwalifikacyjną. Robi na mnie bardzo dobre wrażenie, choć coś mnie niepokoi. Dwa razy wraca jeszcze do tematu wypadku. Raz, żeby mi wytłumaczyć, że nie mógł zadzwonić, bo nie miał telefonu komórkowego przy sobie. Drugi raz, żeby powiedzieć, że nie poddaje się losowi i potrafi wybrnąć z każdej sytuacji. Podejrzewając coś nieprawdziwego, postanowiłem zapytać dalej o wypadek samochodowy. Kandydat kręci się na swoim fotelu. Zagalopowuje się w końcu i podaje tyle szczegółów, że mogę sobie wyobrazić ten wypadek w sposób bardzo realistyczny. Jednak kandydat spocił się przy tym kompletnie i stracił wiarygodność w moich oczach. Litując się nad nim, pytam wprost:
- Czy pan postanowił mi otwarcie powiedzieć o rezygnacji z tej oferty, jadąc do mnie dzisiaj rano?