W takim zapałem inwestorzy jeszcze w tym roku nie kupowali akcji notowanych na amerykańskich giełdach. W ciągu trzech ostatnich tygodni indeks S&P 500 zyskał 8% i jest to najmocniejszy rajd byków w tym roku. Nie ulega wątpliwości, że trend średnio- i długoterminowy zmienił się na wzrostowy. A więc hossa? Właściwie analiza techniczna nie stawia tutaj żadnych przeszkód.
Po raz ostatni równie chętnie amerykańskie akcje kupowano na jesieni 2002 roku. Przed dwoma laty S&P 500 zaczynał długoterminowy trend wzrostowy. W trzy tygodnie indeks zyskał wtedy ponad 12%. Jaki początek taki koniec? Tak mogą uważać zwolennicy teorii fal Elliota - trwająca od sierpnia fala wzrostowa to dokończenie 5-falowej struktury, zapoczątkowanej przed dwoma laty. Opierając się na tym założeniu - S&P 500 powinien dotrzeć do 1200 pkt, co w praktyce oznacza, że zwyżka już się praktycznie zakończyła. Jednak koncepcja nie zostanie złamana także, jeśli notowania podskoczą do 1250 punktów. W tych okolicach znajduje się też 62-proc. zniesienie bessy z lat 2000-2002.
Sygnału kupna, jakim jest wybicie S&P 500 ze średnioterminowej konsolidacji i osiągnięcie najwyższej wartości od ponad trzech lat, wciąż nie potwierdziły indeksy Dow Jones Industrial Average i Nasdaq Composite. Obydwa znajdują się poniżej tegorocznych maksimów.
Wraz z poprawą koniunktury na giełdach zachodnich, wyparował zapał do kupowania akcji notowanych na rynkach środkowoeuropejskich. W piątek największy spadek w trakcie sesji tym roku był udziałem węgierskiego BUX. Indeks zakończył notowania 2,7% poniżej dziennego maksimum. Dzień wcześniej zamknięcie sesji było najwyższe w historii. Od początku roku BUX zyskał ponad 50%, wykres wskaźnika w ostatnich miesiącach układa się w hiperbolę. Dlatego choć osłabienie popytu rzeczywiście jest istotne to nie przesądza o zakończeniu długoterminowego trendu wzrostowego. Najbliższa ważna linia trendu wzrostowego znajduje się około 10% poniżej obecnej wartości indeksu, co daje dużo miejsca na ewentualną korektę.