Na początku miesiąca S&P 500, uważany przez wielu specjalistów za najważniejszy indeks na świecie, zakończył wybiciem górą średnioterminowy trend boczny. Niedługo później indeks przekroczył tegoroczny szczyt i zanotował najwyższą wartość od 2,5 roku. Tym samym powiązania między rynkami obligacji, akcji i towarów, które sugerowały spadek notowań amerykańskich korporacji, przestały obowiązywać. Ponieważ od wycen tamtejszych spółek zależy poziom notowań na całym świecie, jest to dobra wiadomość także dla warszawskiej giełdy.
Zbyt długa przerwa
Klasyczna sekwencja zdarzeń po długoterminowym wzroście wygląda następująco: najpierw szczyt ustanawia rynek obligacji, później akcji i na końcu towarów. Do niedawna wszystko przebiegało zgodnie z tym scenariuszem. Obligacje (reprezentowane przez 10-letnie skarbowe noty amerykańskie) osiągnęły maksimum w czerwcu 2003 roku. Rentowność papierów (odwrotnie skorelowana z ceną) obniżyła się do 3,1%. W ciągu ledwie dwóch miesięcy podskoczyła do 4,5%, czyli o prawie 50%. W lutym 2004 roku, po osiągnięciu przez S&P 500 1160 pkt., szczyt zbudowany został na rynku akcji. W marcu maksimum osiągnął indeks CRB, reprezentujący rynek towarów.
Wprawdzie notowania akcji nie spadły zbyt mocno (S&P 500 balansował na granicy trendu spadkowego i bocznego), ale trwający dziewięć miesięcy okres niepewności mógł być przygotowaniem do bessy. Po listopadowym "wyskoku" w górę taki scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny.
Z punktu widzenia analizy międzyrynkowej, spadki cen akcji na jakiś czas odeszły w przeszłość. W tym momencie odległość między szczytem obligacji (czerwiec 2003) i wierzchołkiem akcji (listopad 2004) wynosi 17 miesięcy. To zbyt długa przerwa. Żeby scenariusz spadkowy znów zaczął zagrażać akcjom, cały cykl trzeba powtórzyć - zatem najpierw szczyt na obligacjach, później na akcjach, wreszcie na towarach.