Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 27.11.2004 10:50

Marek Pryzmont

Tydzień temu przestrzegałem, że ten tydzień jest tygodniem na przeczekanie i

inaczej być nie mogło. Co prawda rynkowe wahadło wychyliło się na pierwszych

2,5 sesjach dość mocno od zeszłotygodniowego zamknięcia, to już porównując

piątek do piątku mamy na kontraktach spadek 8 pkt., a na indeksie wzrost 3

Reklama
Reklama

pkt. To wartości kosmetyczne, choć rozciągnięcie bazy do ujemnej jest już

samo w sobie jakimś wydarzeniem. Nie wchodziłbym jednak tutaj zbyt daleko w

interpretację, gdyż ta nieefektywność w wycenie kontraktów w dużej mierze

wynika właśnie ze specyficznego, "świątecznego" tygodnia. Bardzo niska

aktywność podważa wiarygodność wzrostu w ostatnich dwóch dniach, a

przeprowadzenie arbitrażu przy tak niskich obrotach jest bardzo trudne.

Reklama
Reklama

Dopóki duzi inwestorzy nie wrócą do gry i dalej będziemy mieć "dziury" w

ofertach spółek z drugiej dziesiątki WIG20, to nikt arbitrażu się nie

podejmie przy bazie jedynie -10 pkt. i wygasaniu kontraktów za 3 tygodnie.

Wracając jednak do rynkowych wydarzeń, to podsumować je można bardzo krótko.

Za spadek na początku tygodnia odpowiadają dwa czynniki. Nie, nie był to

zeszły piątek w USA, który zapewnił nam lukę bessy w poniedziałek. Takiego

Reklama
Reklama

zachowania wszyscy oczekiwali i to jeszcze nikogo nie przestraszyło. Dopiero

nieudany test tej luki bessy i nowe minima wywołały pogłębienie korekty.

Odgrzewam ten kotlet ze względu na fakt, że bardzo często właśnie zachowanie

WIG20, czy nawet samych kontraktów względem luki hossy/bessy określa

nastroje na rynku na kolejne sesje. W tym tygodniu mieliśmy tego świetny

Reklama
Reklama

przykład, choć oczywiście brakującym elementem był brak wzrostu obrotów na

nowych wtorkowych minimach. To nie pozwoliło na jakąś głębszą korektę, a jej

minimum wyznaczyła KGHM, a konkretnie koniec wyprzedaży akcji tej spółki

przez PKO BP. O tym też wspominam dla pokazania pewnej niemal prawidłowości

na naszym rynku. Zastanawia mnie bowiem, jak to się dzieje, że wszelkie

Reklama
Reklama

dokapitalizowane przez Skarb Państwa spółki (PKO BP dostał 5,25% akcji KGHM

pod koniec 2000 r.) pozbywają się akcji właśnie w stylu PKO BP, sprzedając

je po 20% przecenie i na 2 miesięcznych minimach, podczas gdy prywatni

inwestorzy realizują z reguły zyski po sporych wzrostach, czego Kulczyk ze

sprzedażą PKN najlepszym przykładem. Do tego subtelna różnica polega na tym,

Reklama
Reklama

że chęć pozbycia się akcji dużych prywatnych inwestorów/funduszy ujawniana

jest w ostatnim momencie, a nie krąży wcześniej po rynku dołując mocno kurs.

Rzecznik PKO BP oczywiście potwierdza, że "portfel akcji KGHM traktujemy

jako portfel handlowy i będziemy nim efektywnie zarządzać". Efektywnie ?

Słyszałem to już z Kampanii Węglowej. No nic, starczy tych szyderczych uwag.

Po środowym minimum na 1785 pkt. systematycznie odrabialiśmy straty już do

końca tygodnia, a sprzyjał temu ... brak podaży. Rynek odreagował wyprzedaż

z początku tygodnia i nie miał mu kto przeszkadzać. Już w środę aktywność

inwestorów na większości światowych parkietów zaczęła być znikoma, a

wszystko ze względu na czwartkowe Święto Dziękczynienia. Choć Amerykanie

indyka smakują w czwartek, to giełdowy półświatek zamiera na całe cztery

dni. Przypominam to raz jeszcze, żeby przestrzec przed sugerowaniem się

"siłą" rynku w ostatnich dniach. Po pierwsze jak wspomniałem póki co było to

jedynie odrobienie strat, a po drugie zachowanie rynku było zupełnie

niewiarygodne ze względu na brak zagranicznych inwestorów i związane z tym

niskie obroty.

Czyli tydzień należy zupełnie zignorować ? Jeśli chodzi o zachowanie GPW to

tak. Na innych giełdach też nic się nie działo. Ale emocje sięgały zenitu za

to na rynku walutowym i tutaj trzeba tej kwestii poświęce giełdowe indeksy zupełnie się

tego nie obawiają ? Do czasu, o czym pisałem już tydzień temu, a przed czym

przestrzegał zarówno Greenspan, jak i Stephen Roach z Morgan Stanley. Można

znaleźć tuzin argumentów za tym, że osłabienie dolara wręcz może sprzyjać

giełdowym indeksom. Ale wystarczy za to jedno wydarzenie, by wywołać panikę

na indeksach. Jeśli spirala osłabienia dolara przekroczy pewien poziom

(jakże trudno go określić - ja bym powiedział, że jest to 1,35) i

amerykańska waluta zacznie dalej gwałtownie słabnąć, a interwencje EBC będą

skuteczne jedynie na kilka godzin (jak to często bywało w przypadku Banku

Japonii) to tak jak przestrzegają największe autorytety, zagraniczni

inwestorzy odwrócą się od Ameryki i przestaną finansować jej podwójne

rozdmuchane deficyty. Nawet jeśli co tydzień będę powtarzać tą przestrogę na

daremnie (oby), to uważam że warte jest to grzechu, bo wpływ rynku

walutowego na rynek akcji potrafi być bardzo silny i gwałtowny. Głównie

dlatego, że dla części rynku słaby dolar jest bardzo korzystny (eksporterzy

na tym korzystają - IBM, Ford, GE, GM, Procter & Gamble itd.), a więc do

pewnego momentu niesie też za sobą także mocne bycze argumenty.

A że straszę w towarzystwie Greenspana i Roach`a to czytelnicy powinni być

wyrozumiali. Skoro o głównym ekonomiście Morgan Stanley mowa, to wrócę do

niego raz jeszcze. Nie dlatego, że darzę go jakąś szczególną sympatią, ale

dlatego, że pilnie słucha go cała Wall Street. A w tym tygodniu okazało się,

że nie wszystko mówi on publicznie. Przez rynek odbierany jest jako

"niedźwiedzi z natury" i słuchając jego poglądów wszyscy biorą na to

poprawkę. Okazuje się jednak, że nie chcąc straszyć rynków i tracić na swej

popularności (szczególnie w USA mówienie o spadkach jest źle odbierane. Abby

J. Cohen która całą długą bessę mówiła o hossie była i jest cały czas

uwielbiana) nie wszystko powiedział publicznie. W zeszłym tygodniu Roach zorganizował

spotkanie z wybraną grupą zarządzających w funduszach inwestycyjnych, gdzie

przedstawił swoje poglądy bez żadnej medialnej presji. Spotkanie było

oczywiście zamknięte dla prasy, ale jedna z gazet weszła w posiadanie kopii

prezentacji. Nawet biorąc poprawkę na pesymizm Roach`a, nie można przejść

obok tego obojętnie. Jego zdaniem Ameryka w najbliższych latach ma nie

więcej niż 10% szans na uniknięcie "ekonomicznego Armagedonu". Mocne

stwierdzenie. Prawdopodobieństwo rozpoczęcia załamania gospodarczego już

teraz Roach ocenia na 30% szans, a 60% szans daje "pozostaniu w tym

nieładzie przez jakiś czas i opóźnieniu załamania na kolejne lata". Powody ?

Powszechnie znane, ale chyba mało kto odważył się przedstawić je w tak

ekstremalny (jak określają to ekonomiści) sposób. Problem leży głównie w

ogromnych amerykańskich deficytach, które będą dalej wywierać presję na

osłabienie amerykańskiej waluty. To z kolei zmusi FED do podniesienia stóp

procentowych znacznie szybciej niż chciałby tego sam Greenspan i znacznie

szybciej, niż zdyskontował to teraz rynek (przy okazji - Fed Fund Futures na

14 grudnia dają 98% szans na podwyżkę na posiedzeniu FOMC i 87% szans na

kolejną podwyżkę w lutym). Przypomnę, że rynek akcji wyjątkowo nie lubi

wysokich stóp procentowych, podobnie jak konsumenci, których portfeli nie

uzupełnią już obniżki podatków, ani refinansowanie kredytów hipotecznych.

Oczywiście problemu aż takiego to nie stwarza, gdy ożywienie na rynku pracy

będzie wystarczająco silne. Ale dalej nie jest. Czytając dalej Roach`a

wracamy do tego samego straszaka - brak finansowania amerykańskich deficytów

przez zagranicznych inwestorów. Ameryka od tych inwestorów na finansowanie

deficytów potrzebuje około 2,6 mld dolarów dziennie, czyli 80wrześniu po raz pierwszy od 3 lat - czyli od WTC - miała ujemny

przepływ kapitału do USA, natomiast dane Departamentu Skarbu za wrzesień i

sierpień pokazały, że zagraniczni inwestorzy sprzedali po raz pierwszy w tym

roku amerykańskie akcje wartości 5,9 mld dolarów. Zaniepokojenie to

potęgowane jest prze słabnącego dolara, czyli znowu wracamy do

najważniejszego wydarzenia tego tygodnia.

Jest szansa (zagrożenie), że przyszły tydzień też będzie walutowym

dreszczykiem emocji. O tym jednak pomyślimy już w poniedziałek, gdy dowiemy

się, czy chińscy partyjni ekonomiści szykują światu niespodziankę na

przyszły tydzień, czy też nie jest to jeszcze pora na uwolnienie juana. W

weekend w Pekinie odbywa się narada ekonomistów i po rynku cały czas krążą

plotki, że Chiny mogą właśnie w ten weekend uwolnić kurs juana (powiązany z

dolarem), lub tez związać kurs juana z koszykiem walut, a nie z samym

dolarem. Mało kiedy na rynku dzieje się coś czego wszyscy oczekują, ale

gdyby tak faktycznie było, to zanim napiszę poniedziałkowy poranny

komentarz, to euro mogłoby testować już poziom 1,35 wobec dolara i zapewne

dolar spadłby też poniżej psychologicznej bariery 100 w stosunku do jena.

Reakcja rynku akcji nie musi być wcale taka jednoznaczna, ale na początku

wielu inwestorów na pewno trochę by się przestraszyło. O tym, że to nie

tylko głupie plotki niech świadczy raport Bank of America wraz z Merrill

Lynch, które prognozują, że do 1 kwietnia (poprzednio oczekiwano tego

dopiero w drugiej połowie 2005 r) Chiny będą zmuszone właśnie do uwolnienia

juana, by zmniejszyć inflację (najwyższa od 7 lat) i schłodzić przegrzaną

gospodarkę.

O ile weekend minie spokojnie, to rynki światowe skoncentrują się na

wyjątkowo mocno zapełnionym kalendarzu amerykańskich danych makro. Na nas

też będą one miały znacznie większy wpływ, niż powszechnie ignorowany w

ostatnich miesiącach (po wejściu do UE) bilans płatniczy (wtorek o 16:00),

czy mało emocjonujące i przewidywalne posiedzenie EBC. W USA za to rynek

mocno będzie się emocjonować piątkowym raportem z rynku pracy. O wadze tej

publikacji nikogo przekonywać chyba nie trzeba, a szczególnie teraz uważnie

bym te dane obserwował, bo ostatnie huraganowe anomalie mogą powodować (jak

ostatnio) spore odchylenia od prognoz ekonomistów, które zanim rynek sobie

wytłumaczy, to nastroje na parkiecie będą już ustalone. Z innych publikacji

najważniejsza będzie w środę Beżowa Księga, oraz we wtorek wstępne dane o

PKB w III kwartale (14:30) wraz ze (16:00) wskaźnikiem zaufania konsumentów

oraz indeksem Chicago PMI. Nastroje konsumentów dodatkowo teraz zyskują na

wadze ze względu na przedświąteczny okres zakupów. Mocne wzrosty giełdowych

indeksów, oraz gładko przeprowadzone wybory zapewne przyczynią się do

mocnego skoku optymizmu, co analitycy zaraz przełożą na oczekiwania

świetnych wyników sprzedaży. Z wydarzeń z poza kalendarza makro warto

zwrócić uwagę na czwartkowe wystąpienie Ben`a Bernake, który 3 godziny po

rozpoczęciu amerykańskiej sesji ma wystąpienie w Waszyngtonie (przed klubem

ekonomistów) i w FED jest drugim po Bogu (Greenspan), więc rynki na

ewentualne kontrowersyjne opinie o gospodarce reagują równie silnie.

Na koniec przydałaby się jakaś prognoza. Tydzień temu oczekiwałem, że na

razie będziemy mieli tydzień na przeczekanie. Byliśmy tuż po 3 dniowej

konsolidacji i tuż przed 3 dniowych świątecznym letargiem na światowych

giełdach. I faktycznie nic w stosunku do zeszłego piątku się nie zmieniło, a

już na pewno żaden z rynków nie wygenerował na tyle wiarygodnego sygnału

(głównie chodzi o niskie obroty, a więc przypadkowość niektórych wahań), by

móc przekładać to na prognozę kolejne przełoży się też na powrót zagranicznych

funduszy na nasz rynek i dopiero wtedy zarówno na światowych parkietach, jak

i na GPW zobaczymy prawdziwą kondycję rynku. Wyraźnym impulsem do

rozpoczęcia nowego trendu będzie dopiero wyjście na dużych obrotach nad

kwietniowe szczyty (Indeks 1874,97 pkt. , Kontrakty 1891 pkt.), lub zejście

pod październikowe minimum (Indeks 1752,79 pkt., Kontrakty 1765 pkt.) co

byłoby jednocześnie przebiciem linii szyi formacji podwójnego szczytu.

[email protected]

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama