Kolejna ciężka sesja za nami. Taką opinię podzieli zapewne większość osób zawodowo związanych z giełdą, pomimo że ani rozpiętość wahań, ani obroty nie wskazują na trwający marazm. Tyle tylko, że już prawie drugi tydzień kursy ustalane są trochę przypadkowo, a większość z i tak niskich obrotów generuje nie walka popytu z podażą, ale umówione wcześniej transakcje. Tak samo było wczoraj, gdy siłą zeszłotygodniowego rozpędu kontrakty zdołały jeszcze zakryć lukę bessy i zrobić razem z indeksem nowy szczyt kilkudniowego wzrostu. Jednak to nie zachęciło popytu do większej aktywności. Wystarczyło kilka większych zleceń sprzedaży, by sytuacja obróciła się o 180 stopni.
Z takich przypadkowych rynkowych zwrotów wyrwać nas mogą dwie rzeczy. Pierwszą są "kreski", które choć ostatnio niektórzy mocno komplikowali (diamenty, trójkąty, flagi etc.), to tak naprawdę należałoby ograniczyć do oporu, jaki stanowi wąski obszar między listopadowymi a kwietniowymi szczytami, oraz do wsparcia na październikowych minimach. Jeśli wyjściu poza ten obszar już prawie 3-miesięcznej konsolidacji towarzyszyłby większy obrót, to powinno być to wiarygodnym sygnałem.
Drugim impulsem dla zarządzających mogą być publikacje ważnych amerykańskich danych makro, które ze względu na ostatni świąteczny okres dość skromnie napływały na rynek. Od dzisiaj się to zmienia i reakcja powinna przenieść się także na warszawski parkiet. Albo pośrednio poprzez nerwowo reagujący rynek walutowy, albo bezpośrednio przez zachodnie indeksy. Najważniejszy będzie oczywiście piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy, ale już dzisiaj poznamy wstępne dane o amerykańskim PKB w III kw., czy choćby wskaźnik zaufania konsumentów, który w przedświątecznym okresie zakupów jest kluczowy dla oczekiwań wielkości sprzedaży.