Oficjalnie główną przyczyną niechęci Bogdanki do połączenia z Kozienicami jest strach przed zablokowaniem planów zwiększenia wydobycia do 9 mln ton (obecnie jest to 5,5 mln ton). Jednak pracownicy Bogdanki po prostu boją się, że nie otrzymają akcji pracowniczych, jeśli akcje kopalni zostaną wniesione do Kozienic, co zakłada MSP.
- Pracownicy Bogdanki teoretycznie mogliby dostać akcje po debiucie giełdowym elektrowni Kozienice, ale przecież nie są pracownikami Kozienic - mówi Parkietowi osoba związana ze spółką. Jeśli nastąpiłoby połączenie między firmami, sytuacja byłaby inna, ale na to muszą się zgodzić zarządy obu firm.
Decyzja, czy akcje Bogdanki zostaną włączone do Elektrowni Kozienice, czy też kopalnia pozostanie niezależną firmą, najprawdopodobniej zostanie podjęta na początku przyszłego roku. Na razie trwają dodatkowe analizy prowadzone przez resort skarbu.
- Powinny one zakończyć się do końca grudnia. Myślę, że Bogdanka mogłaby samodzielnie zadebiutować na giełdzie, ale z Kozienicami stałoby się to szybciej - mówi Dariusz Marzec, wiceminister skarbu. - W przeciwnym razie samo rozpoczęcie procedur prywatyzacyjnych będzie trwało ponad rok.
- Będziemy gotowi do debiutu już w przyszłym roku - odpowiada tymczasem Mirosław Taras, rzecznik kopalni. Jednocześnie daje do zrozumienia, że firma jest w na tyle dobrej kondycji, że do sprzedaży nie musi dojść natychmiast. - Nie ma z nami kłopotów, sami sobie radzimy na rynku i wypracowujemy średni zysk roczny 100 mln zł. Nie od naszej prywatyzacji zależy zbilansowanie budżetu państwa - mówi M. Taras.