No cóż... Nie jestem sadystą, ale z wielką rozkoszą obserwowałem nie tak dawno niemalże roniącego łzy ministra Patera (dzisiaj już byłego ministra), który mówił coś o braku odpowiedzialności, komentując odrzucenie dwóch ustaw mających przynieść 1,8 mld złotych w przyszłorocznym budżecie. 1,2 mld złotych "stracimy" przez brak zmian w przepisach dotyczących składek na ZUS. "Brak zmian" jest zresztą określeniem dość oględnym. Chodzi, oczywiście, o bezsensowne, szkodliwe wręcz podwyżki.
Chwała Sejmowi! Co prawda przewaga głosujących "przeciw" projektowi nad głosującymi "za" była niewielka, ale jednak zdrowego rozsądku wystarczyło. Powtórzę jeszcze raz: nie mam nic przeciwko zróżnicowaniu składek, ale pod warunkiem, że najniższa zostanie wyraźnie obniżona (kuriozalność projektu polegała na tym, że się ją zwiększało). I to nawet, gdyby trzeba było stosować ulubioną przez niektórych naszych polityków zasadę sprawiedliwości społecznej, a więc dopłacać do najmniej zarabiających z pieniędzy lepiej zarabiających.
Dajmy wreszcie szansę znacznej części naszego społeczeństwa poczuć się pełnoprawnymi jego członkami. Jak mają oni płacić 650 złotych ZUS-u (tyle wynosi mniej więcej najniższa składka), skoro często niewiele więcej wynoszą ich miesięczne dochody? Rząd wiele mówił i mówi o walce z bezrobociem. Stworzył nawet odpowiedni program, który okazał się klapą, a kosztował krocie. Tymczasem rozwiązania są proste i zamiast gadać, należy je po prostu stosować, a nie wpędzać ludzi, bo do tego się to sprowadza, w szarą strefę. Tyle.
Swoją drogą trzeba się zastanowić, czy właśnie tak nie miała wyglądać koncepcja tworzenia budżetu na 2005 rok. Wystarczy nawpisywać masę różnych niestworzonych rzeczy i, oczywiście, podnieść podatki (obowiązkowo zwiększając ich szeroko pojętą ściągalność, cały czas czekamy na szczegóły arcyciekawego i jednocześnie tajemniczego rozwiązania pod tytułem "3,5 mld złotych z tytułu poszerzenia bazy podatkowej"), a jak coś nie wyjdzie, to zawsze można obciążyć innych. Albo Sejm, że czegoś nie uchwalił, albo nowy rząd, że nie był w stanie zrealizować itd., itp. Problem jest, bo, jak wiadomo, planowany poziom deficytu budżetowego poszedł w świat, no a poza tym, a właściwie przede wszystkim, nie można go zmienić ze względu na obowiązujące prawo. Trzeba więc jakoś dziurę zapchać. Może w tym szaleństwie jest metoda, może bowiem uda się zmusić parlament do poszukiwania jakichś sensownych oszczędności. Niestety, boję się, że jednak będzie po staremu...
W kwestii nieszczęsnych składek na ZUS, to oczywiście już dowiedzieliśmy się, że rząd absolutnie nie zamierza rezygnować z kontynuacji prac reformatorskich. Czyli z polskiego na nasze: niestety, na razie jeszcze przedsiębiorcy spać spokojnie nie mogą. Rząd może mieć przy tym znacznie więcej czasu, niż się jeszcze parę tygodni temu wydawało. Coraz częściej słyszy się bowiem głosy, że w obecnej sytuacji politycznej (chodzi głównie o nowe fakty związane z pracami komisji sejmowej, zajmującej się sprawą Orlenu) SLD wcale nie musi być zainteresowany wcześniejszymi wyborami.