Środowy duży wzrost amerykańskich indeksów, "pompowany" ogromnym spadkiem cen ropy naftowej (po tygodniowych danych o zapasach paliw w USA), musiał odbić się echem w czwartek. I faktycznie się odbił. Tyle tylko, że nie aż tak dużym, jak można było oczekiwać. Jedynie Nikkei zyskał 1,8%. Główne europejskie indeksy, które zdołały jeszcze w środę zdyskontować zwyżki na Wall Street, po dobrym początku później spisywały się nieco gorzej.
Taka mało zdecydowana reakcja psuje humory szczególnie inwestorom we Frankfurcie. Czwartkowa długa biała świeca stwarzała bowiem doskonałą okazję do definitywnego wyjścia górą z trzytygodniowej konsolidacji i tym samym wygenerowania silnego sygnału kupna. Tak się jednak nie stało. To minus. Tym większy, iż dalej wykres znajduje się w strefie podażowej, jaką na 4150-4250 pkt tworzy układ styczniowego szczytu oraz 61,8-proc. zniesienia impulsu spadkowego, trwającego od marca 2002 do marca 2003 roku. Przełamanie tego oporu otwierałoby drogę do 5500 pkt i jednocześnie przedłużało hossę o minimum pół roku. Tymczasem na razie sygnału kupna nie ma, a dość niejednoznaczna sytuacja również na wskaźnikach każe się zastanowić, czy w ogóle wygenerowanie takiego sygnału jest realne.
Jedynym czynnikiem, który bezwarunkowo może pomóc niemieckim bykom, jest dalszy wzrost w Nowym Jorku. Zarówno z punktu widzenia analizy technicznej, jak i fundamentalnej są one bardzo realne. Jeżeli chodzi o "kreski", to w szczególnie korzystnej sytuacji jest S&P500. Wybicie górą z trzytygodniowej konsolidacji oraz najbliższy opór dopiero na poziomie 1313 pkt (szczyt z 21 maja 2001 roku), powinny zachęcać do dalszego wzrostu.
Z punktu widzenia fundamentów paliwo do dalszego wzrostu mogą zapewnić amerykańskim indeksom dzisiejsze dane z rynku pracy. Rosnące subindeksy zatrudnienia publikowanych w ostatnich dniach indeksów ISM czy Chicago PMI sugerują, iż listopadowe dane o zatrudnieniu w sektorze pozarolniczym mogą przekroczyć prognozowany poziom 200 tys. To niewątpliwie ucieszyłoby graczy i przedłużyło hossę.