Jeszcze kilka tygodni temu rynki zagraniczne stanowiły poważne wsparcie dla notowań w Warszawie. Jednak z szansy, jaką wsparcie to dawało, skorzystaliśmy tylko częściowo. Wprawdzie WIG20 poprawił 52-tygodniowe maksimum, ale nie wygląda, żeby zapoczątkował trwały trend wzrostowy. Teraz będzie trudniej, bo uwarunkowania międzynarodowe zmieniły się.

Problem stanowi przede wszystkich technologiczny Nasdaq Composite, który zatrzymał zwyżkę na poziomie tegorocznego maksimum z 26 stycznia (2153,8 pkt). Zatrzymanie było bardzo wyraźne - w poprzedni wtorek na wykresie powstała druga pod względem wielkości korpusu czarna świeca w zapoczątkowanej przed czterema miesiącami fali wzrostowej - notowania spadły o 1,7%. Interesująca jest też sekwencja wolumenu, który był bardzo wysoki na szczycie i kilku wcześniejszych sesjach. Z kulminacją aktywności inwestorów mieliśmy do czynienia w trakcie spadkowej sesji. Bardzo podobna była sekwencja obrotów w trakcie budowania szczytu na początku roku.

Za wcześnie jest jeszcze na daleko idące wnioski, bo wykres indeksu przełamał dopiero najszybszą wzrostową linię trendu, ale z większą korektą trzeba się liczyć. Zakładam, że spadek sięgnie właściwej linii trendu opisującej zwyżkę z drugiej połowy roku, która znajduje się teraz na 2030 pkt.

S&P 500 zatrzymał się w okolicach 1190 pkt. W dalszym ciągu za najbardziej prawdopodobne rozwiązanie uznaję zwyżkę do 1250 pkt, gdzie znajduje się 62-proc. zniesienie bessy z lat 2000-2002. Pewne wątpliwości, czy ten scenariusz uda się zrealizować, nasuwa trwająca od czterech tygodni konsolidacja. Jest ona nachylona zgodnie z kierunkiem trendu wyższego rzędu, co jest charakterystyczne dla formacji odwrócenia, a nie kontynuacji. Dlatego w razie przebicia od góry 1180 pkt (dolne ograniczenie formacji) należy liczyć się z tym, że dotarcie do 1250 pkt zabierze bykom więcej czasu, niż to się teraz wydaje. Zamknięcie sesji poniżej 1160 pkt praktycznie przekreśli ten scenariusz.