Czołowe miejsce w branżowych rankingach - np. wartości obsłużonych emisji akcji - to dla banków inwestycyjnych powód do dumy, ale też sposób na przyciągnięcie klientów. Dlatego potentaci z Wall Street uznali, że czasem warto nagiąć rzeczywistość, aby znaleźć się w nich choćby oczko wyżej. Nagiąć, ale jak?
Na przykład tak jak Citigroup, czyli łącząc Shella z Shellem. To nic, że operację połączenia zlokalizowanych w Holandii i Wielkiej Brytanii zarządów naftowego potentata eksperci uznali jedynie za "prawną restrukturyzację" - Citigroup potraktował ją jak fuzję i dopisał sobie 80 mld USD w statystykach. Dzięki temu Citigroup po raz pierwszy w historii znajdzie się w tym kwartale na czele globalnego rankingu doradców w fuzjach i przejęciach (M&A).
Można też doradzać samemu sobie - tak jak J.P. Morgan Chase, który przejął w tym roku Bank One za 55 mld USD i nie zawahał się dodać tej kwoty do statystyk w rankingach. Na jeszcze lepszy pomysł wpadli bankierzy z Goldman Sachs, dopisując do statystyk transakcję, której w ogóle nie było. Chodzi o odrzuconą, wartą 30 mld USD ofertę przejęcia japońskiego banku UFJ Holdings przez konkurencyjny Sumitomo Mitsui Financial, którego obsługiwał właśnie Goldman Sachsa. Ten trzeci pod względem aktywów bank z Wall Street w tym roku przewodzi w globalnym doradztwie M&A.
"Nadmuchiwanie" rankingów powoli staje się problemem. - To jest zwodnicza praktyka - mówi Melvyn Weiss z nowojorskiej kancelarii prawniczej Milberg Weiss Bershad & Schulman. - Niczym nie różni się od kreatywnej księgowości - dodaje, przywołując na myśl skandale finansowe z ostatnich lat, m.in. z udziałem Enronu. Zdaniem Weissa, rozwiązaniem problemu mogłoby być konstruowanie rankingów w oparciu nie o wartość transakcji, lecz o kwotę prowizji z tytułu ich przeprowadzenia. Ale tych banki z reguły nie chcą ujawniać.
Bloomberg