Złoty nam się umacnia. Ale czy to dobrze czy źle, to już nie jest takie proste. Nawet premier ma z tym problemy, bo w jednym tygodniu chce się spotykać z NBP w sprawie kursu polskiej waluty (czytaj: jest zaniepokojony umacnianiem się złotego), w drugim mówi, że siła złotego odzwierciedla stan (dobry) polskiej gospodarki (dla usprawiedliwienia trzeba dodać, że ta druga wypowiedź była skierowana do inwestorów zagranicznych, w takiej sytuacji trzeba się oczywiście chwalić, czym się da).
Tymczasem minister finansów prezentuje tezę, że na razie nie ma problemu. Choć jego prognoza, że złoty w przyszłym roku będzie "dość mocny" nie jest, delikatnie mówiąc, zbyt konkretna.
Z kolei niektórzy przedstawiciele NBP przebąkują coś o przewartościowaniu polskiej waluty. Niektórzy, ale na pewno nie prezes. Jego zdaniem, nic się takiego nie dzieje - po prostu mamy wolny rynek i czynniki, które wpływają na kurs. Złoty przez ileś tam miesięcy był mocniejszy, potem znowu słabszy, teraz jest znowu mocniejszy i tyle. Trudno się z tym nie zgodzić.
Absolutnie nie podzielam poglądu, że złoty jest przewartościowany. Jego wzrost wynika z fundamentów, które są powszechnie znane. Spadek ryzyka inwestycyjnego czy dobre wyniki gospodarki to najważniejsze z nich. Oczywiście, w części złoty zyskuje także z powodu prywatyzacji czy też zamiany środków prywatnych i pomocowych z UE. Ale i ten czynnik będzie oddziaływał długofalowo. Proces prywatyzacji dobiega powoli końca, ale środków prywatnych i pomocowych będzie coraz więcej. Także dysparytet stóp będzie się utrzymywał. Nawet jeśli RPP zdecyduje się obniżyć stopy w przyszłym roku, to i tak różnica poziomów będzie spora. Tym bardziej że obniżka w Eurolandzie jest coraz bardziej prawdopodobna.
No dobrze, wiemy, gdzie jesteśmy, wiemy, dlaczego, to spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy ten kurs jest korzystny. Przede wszystkim trzeba zapytać: dla kogo? Dla eksporterów rozliczających się w dolarach na pewno nie. Ale dla przedsiębiorstw spłacających kredyty dolarowe na pewno tak. Poza tym za większość importu surowcowego płacimy w dolarach. Z kolei dla eksporterów rozliczających się w euro wciąż jeszcze poziomy są atrakcyjne. Pewnie, że było lepiej, więc każdy z nich powie, że się pogorszyło. Ale to nie oznacza, że jest bardzo źle. Ogromne znaczenie ma też fakt, że w Polsce wyraźnie wzrosła wydajność pracy, kursy sprzed trzech lat w tym sensie nie są więc porównywalne z dzisiejszymi.