Od wiosny tego roku indeks WIG zyskał 1 tys. pkt. Ten fakt wyraźnie kontrastuje z atmosferą ostatnich dni i tygodni, z której można wnioskować, że nasz rynek przeżywa ogromną hossę. To stwierdzenie jest prawdziwe jedynie w odniesieniu do coraz węższego grona walorów. Z grubsza łączy je to, że w czasie ponadpółtorarocznego trendu wzrostowego stosunkowo niewiele zyskały. Odnosi się to m.in. do TP i Netii, czy szerzej do banków, które ostatnio przeżywają renesans zainteresowania. To samo można powiedzieć o takich firmach, jak Pollena Ewa, Jelfa czy Energomontaże. W tym kontekście uzasadnione stają się podejrzenia co do przyszłej koniunktury. W końcówce roku zapewne niewiele się już zdarzy, a inwestorzy oczekując na udany początek nowego roku nie będą skłonni do pozbywania się akcji. Chyba że zagraniczne podmioty zdecydują się na realizowanie zysków.

Uwagę zwracają ostatnie informacje z rynku ropy naftowej, gdzie coraz wyraźniej widać, że szczyt notowań mamy już za sobą. Zapasy stopniowo się odbudowują, co sugeruje niedopasowanie obecnych relacji podaży i popytu. Wygląda więc na to, że wcześniejsze postrzeganie zapotrzebowania było przesadzone, co może być przesłanką potwierdzającą zwalnianie światowej gospodarki. W tym kontekście najbardziej narażone na spadek są kursy spółek paliwowych, które na razie w znikomym stopniu zareagowały na spadek ceny ropy z rekordowego poziomu.

W naszym przypadku zagrożenie dotyczy głównie PKN Orlen. To on wczoraj ciągnął rynek w dół. Słabo wypadał jednak od rana, a dane o wzroście zapasów ropy opublikowano po południu. Dlatego wydaje się, że powodem pozbywania się tych walorów mogły być obawy o to, że podobnie jak KGHM, zaskoczy w przyszłości zapowiedzią mniejszych zysków. Niby wszyscy liczą się z tym, ale nerwowa reakcja na prognozę miedziowego kombinatu pokazała, że inwestorzy nie są na to do końca przygotowani. Na szczęście Orlenowi cały czas sprzyja drogi złoty, który jest niekorzystny dla KGHM.