W pełni rozumiem giełdowe zasady rządzące rynkiem i nie trzeba mi tłumaczyć, że wejście spółki do WIG20 automatycznie, niemal odruchem Pawłowa, generuje wzmożony popyt na te akcje. Może to być równie zyskowne, jak sprawdzone świetne giełdowe strategie nakazujące kupno jedynie tych spółek, których produkty lubimy i dobrze oceniamy. Skoro PKO BP do tych drugich w powszechnej opinii nie należy, to dopiero wejście do WIG20 wyzwoliło dynamiczny wzrost. O ile odbywa się on w świetnych nastrojach całego rynku, o tyle mówienie o przewartościowaniu i fundamentach jest nie na miejscu. Ale gdy reszta rynku z bankami na czele zaczyna zawracać na południe, przy wyraźnym naporze dużych funduszy i analogicznym zachowaniu węgierskiego BUX, to wzrost polskiego bankowego lidera do 28,5 zł musi zachęcać do pisania tak nieładnych tytułów.
Taki wyskok PKO BP na otwarcie pozwolił kosmetycznie poprawić WIG20 szczyt hossy. Ale kac po tej półgodzinnej sielance trwał już niemal do końca sesji. Czy można w związku z tym mówić o jakiejś przełomowej sesji? Absolutnie nie, bo ani nie był to dzień odwrotu, ani sygnał sprzedaży. O dniu odwrotu można by mówić dopiero w momencie, gdyby początek sesji był wręcz euforycznym wzrostem (kontrakty nie zrobiły nowego szczytu, co samo w sobie pokazuje sceptycyzm inwestorów), a późniejszemu odwrotowi towarzyszyły zarówno znacznie większe obroty, jak i nieco większa szerokość rynku. Z kolei jak można mówić o sygnałach sprzedaży, jeśli choćby tylko zniesienie 38,2-proc. ostatniej miesięcznej fali wzrostowej jest dopiero na kwietniowym szczycie (1891 pkt). Podobnie jak korekta z drugiego tygodnia grudnia, spadek w rejony tego wsparcia i ponowny zwrot na północ byłby objawem zdrowego rynku i paradoksalnie wzmocnił oczekiwania co do wzrostu na przełomie roku.