O wczorajszej sesji należy zapomnieć. Handlowali hobbyści, uzależnieni i fundusze robiące porządki przed końcem roku. Wartość obrotów (WIG20) wyniosła niespełna 200 mln, z czego ponad połowa to aktywność paru spółek, które kręciły się wokół poniedziałkowego zamknięcia. Indeks ustawiła druga liga i wartość prognostyczna takiego rynku jest zerowa. Na dzisiaj zostajemy więc w niepewności, choć widać mimo wszystko małe światełko w tunelu. Kończą się święta w Londynie, którego wyraźnie europejskim rynkom na ostatnich sesjach brakuje. Można sądzić, że sam ten fakt wywołał zwiększoną aktywność, a co za tym idzie zmienność. Na razie, o ile ktoś nie ma skłonności do hazardu, można się temu tylko przyglądać.
A teraz trochę szyderczych uwag na temat Rajdu Św. Mikołaja i interpretacji tego jakże "ważnego" wydarzenia. Co roku irytuje mnie fakt, że większość poważnych giełdowych serwisów podchodzi do tego zjawiska analogicznie do kilkuletnich dzieci wierzących w nadzwyczajną moc reniferów i gościa w czerwonym ubranku. Wszelkie statystyki pokazują, że jeśli za "Rajd Św. Mikołaja" przyjmiemy zgodnie z definicją ostatnie 5 sesji starego roku i 2 sesje nowego roku (def. Jeffrey Hirsch z Almanac Investor Newsletter), to zachowanie indeksów w tym okresie niczym (sic!) specjalnym się nie wyróżnia. Oczywiście, średnia stopa zwrotu w ciągu tych 7 dni z ponad 100 lat (Dow Jones) jest na plusie, a zannualizowana da nam stopę zwrotu ponad 90%. Tyle tylko, że dotyczy to ponad połowy tygodni w roku. Kolejny mit mówi, że zachowanie rynku w tym okresie określa kierunek na przyszły rok. Oczywiście, kolejna bzdura, zarówno jeśli stopę zwrotu odnosimy do średniej z tego okresu, jak i średniej dla całego roku. Skuteczność w żadnym wypadku nie przekracza (Dow Jones) 40%. Tak więc Św Mikołaj... nie istnieje.