Koniec roku upłynął na giełdzie w dosyć sennej atmosferze. Klimat ten oddaje przede wszystkim wolumen obrotu, jeden z niższych w ostatnich miesiącach. Nie przeszkodziło to jednak bykom w podtrzymywaniu wzrostu i osiąganiu coraz to nowych tegorocznych maksimów.
Nastrój więc jest dobry i taki pozostanie. Nie popadałbym jednak w zbytni optymizm, ale i rynek w niego specjalnie nie popada. Wzrostowi towarzyszą obawy przed korektą lub, co gorsza, końcem świetnej tegorocznej passy. Osobiście martwi mnie to, że rynek jest bardzo wąski, choć nie da się zaprzeczyć, że motorami wzrostów są firmy o świetnych fundamentach. Oznacza to, że podstawy wzrostu ich wartości są solidne.
Obawiam się również o kondycję wielu krajowych spółek giełdowych, w których znaczący udział w sprzedaży ma eksport. Nie uważam, aby obecne kursy walut nie wpłynęły znacząco na rentowność ich sprzedaży. Wątpię również, aby tańszy import zrekompensował mniejszą opłacalność eksportu, co sugeruje wielu komentatorów i polityków. Z drugiej strony, mamy nadal do wykorzystania ogromną szansę, jaką stała się dla polskich firm Unia Europejska. Nie potrafię jednak ocenić, co w 2005 roku przeważy, szanse czy zagrożenia, jestem jednak pełen obaw.
Wracając do analizy technicznej to rok zamykamy na bardzo wysokim poziomie, tuż poniżej psychologicznego poziomu 2000 pkt. Przez dwa lata wartość kontraktu terminowego na WIG20 prawie się podwoiła. To dużo, ale niekoniecznie musi to oznaczać koniec hossy. Technicznie nasz rynek wygląda na bardzo silny. Szczególnie, że dosyć łatwo udało się pokonać 62-proc. zniesienie fali bessy z 2000 i 2001 roku. To daje nadzieję na utrzymanie trendu rosnącego aż do poziomu 2450 pkt. Tak daleko bym się jednak w tej chwili nie zapuszczał, chyba że w formie życzeń dla siebie i inwestorów na 2005 rok.