Czwartkową sesję giełdy za oceanem rozpoczęły od niewielkich wzrostów. Dobrych nastrojów amerykańskim inwestorom nie popsuł nawet słaby odczyt indeksu Chicago PMI, który spadł z 95,2 do 91,2 pkt., wobec prognozowanych 93,0 pkt.
Handel w USA od prawie dwóch tygodni odbywa się przy zmniejszonych obrotach. Wygląda to tak, jakby inwestorzy przedłużyli sobie święta, jednocześnie chcąc utrzymać indeksy na obecnych poziomach do końca roku. Ma to oczywiście logiczne uzasadnienie. Fundusze robią bowiem "window dressing" na koniec roku. Inwestorzy indywidualni natomiast wstrzymują się z realizacją zysków do nowego roku, żeby w ten sposób odsunąć w czasie termin zapłacenia podatku. Stąd też o prawdziwej sile rynku przekonamy się dopiero w styczniu, kiedy to popyt i podaż powinny zaangażować wszystkie siły.
Patrząc na amerykańskie indeksy przez pryzmat analizy technicznej sytuacja jest dość niejednoznaczna. Np. indeks szerokiego rynku S&P 500 od końca października br. znajduje się w trendzie wzrostowym, pokonując w tym czasie silny opór na 1158 pkt (szczyt z lutego br.). I to jest duży plus dla byków. Minusem jest natomiast wspomniany spadek obrotów oraz utrzymujące się od dłuższego czasu liczne negatywne dywergencje na wskaźnikach (np. na MACD, Price ROC, RSI). To poważne ostrzeżenie przed możliwością zmiany trendu na tym rynku.
Dużo bardziej jednoznaczna sytuacja jest na rynku japońskim. Po zeszłotygodniowym przełamaniu ośmiomiesięcznej linii trendu spadkowego (11 200 pkt), w tym popyt doprowadził do wybicia górą indeksu Nikkei z ponad czteromiesięcznego trendu bocznego ograniczonego poziomami 10 650-11 400 pkt. I to zarówno na wykresie dziennym, jak i tygodniowym. Jako że równocześnie na podstawowych wskaźnikach zostały wygenerowane sygnały kupna, można z nieco większym optymizmem spojrzeć w przyszłość. O ile bowiem nie jest to pułapka (o czym przekonamy się na początku stycznia), to konsekwencją tak wygenerowanego sygnału kupna jest otwarta droga do 12 200 pkt.