Sesja miała dwa oblicza. Najpierw WIG20 zanurkował 20 pkt., by po przełomie w samo południe, odrobić większość spadku. Absolutnie jednak nie można powiedzieć, że sesja była choćby tylko ciekawa. Z parkietu wiało nudą, a większość spółek przysypiała, lub transakcje odbywały się na jednym poziomie. Jedynie parę firm nieco mocniej się bujało, a że były to akurat te najcięższe w indeksie, to WIG20 sprawiał wrażenie, jakby działo się coś emocjonującego. Taki rynek, oparty na aktywności jedynie kilku kluczowych spółek, ocenia się bardzo ciężko i raczej trzeba reagować na jego zachowanie, niż cokolwiek prognozować.
Do znudzenia w tym tygodniu zwracać będę uwagę na węgierski indeks BUX. Dla mnie jest jasne, że w pierwszy tydzień nowego roku cyferka przy tym indeksie jest ważniejsza niż większość wiadomości spływających na rynek. Oczywiście do czasu piątkowego raportu z rynku pracy. Indeks w Budapeszcie jest teraz dla polskich inwestorów poszlaką wskazującą działania zagranicznych inwestorów. Nie jest przecież przypadkiem, że zarówno w poniedziałek wiernie naśladowaliśmy naszych sąsiadów, jak i wczoraj odwrót od spadków rozpoczął się właśnie w momencie wychodzenia węgierskiego indeksu na plusy. Samo zamknięcie wypadło co prawda po przeciwnych stronach "kreski", ale w końcówce naszych notowań bardzo ciężko było nawet spekulacyjnemu kapitałowi porozbijać zaporowe oferty, które ustawiały się przez ponad trzy godziny wcześniejszej konsolidacji. Jedyne co na takim rynku można zalecać, to trochę cierpliwości, w wyczekiwaniu albo na wyraźny, poparty obrotami impuls ze strony dużych funduszy, albo na oznaki rozczarowania brakiem "efektu stycznia". Przy wypchanych portfelach rodzimych instytucji rozczarowanie może mieć silny destrukcyjny wpływ.