Mało ciekawa sesja w USA nie wpłynęła na nasz rynek. Notowania zaczęliśmy w okolicy czwartkowego zamknięcia. Na początku sesji powtórzyła się sytuacja z dnia poprzedniego. Ktoś starał się podnieść rynek, ale nie znalazł sprzymierzeńców. Szybko inicjatywę przejęła podaż. Trwający od początku tygodnia spadek cen się pogłębił. Wydawało się, że zatrzymamy się dopiero na kolejnym wsparciu jakim są szczyty zbudowane od kwietnia do listopada ub.r. Tu wykreślony został dołek 13 grudnia.
Sytuacja zmieniła się diametralnie tuż po publikacji danych o stanie rynku pracy w USA. Wyglądało na to, że więksi inwestorzy tylko na nie czekali. Nie przyniosły one nic niepokojącego. Przystąpiono więc do poważniejszych zakupów. Nie były to już słabe zlecenia kupna i koszyki, lecz mocny popyt. W efekcie tuż przed zamknięciem ceny zanotowały maksimum sesji.
Cały tydzień mógł skutecznie popsuć nastroje inwestorów. Ci, którzy oczekiwali efektu stycznia są z pewnością rozczarowani. Pierwszy tydzień nie był dla nich przyjemny. Nie należy jednak poddawać się panice. Wprawdzie efekt stycznia wcale nie jest pewny, to jednak zapowiada się, że będziemy jeszcze na wyższym poziomie. Czy będziemy bić nowe rekordy, to już nie jest takie pewne.
Wczorajszy popyt z drugiej części sesji jest tylko jedną z przesłanek, które przemawiają za tym, że czeka nas jeszcze choćby mały wzrost. Inną jest panujący do tej pory trend. Jak na razie jest on wzrostowy. Tym samym nie będzie błędem oczekiwać, że ceny wykonają jeszcze ruch w górę. Choćby miałby to być jedynie ruch powrotny do okolic szczytu. Po tak długim trendzie rynek nie zmienia kierunku nagle, w ciągu jednej sesji. Ma on swoją inercję i nawet jeśli podaż powoli uzyskuje przewagę, to musimy przejść okres równowagi sił.