Piątkowe notowania w Stanach Zjednoczonych pokazały, że spadek z pierwszych dni roku trzeba traktować poważnie. Pomimo całkiem dobrych wiadomości z rynku pracy indeksy nie zdołały zbyt długo utrzymać się na plusie. Coraz bardziej realne staje się przełamanie przez S&P 500 wsparcia w rejonie 1180 pkt, gdzie znajduje się dolna granica formacji trójkąta rozszerzającego się. W przypadku opuszczenia jej dołem należy traktować ją jako zwieńczenie trendu rosnącego. W takiej sytuacji sforsowanie kluczowego w dłuższym okresie wsparcia przy 1157 pkt nie nastręczyłoby sprzedającym większego problemu. Pozytywnym sygnałem stałoby się wyjście indeksu ponad 1194 pkt, czyli dołek z 17 grudnia.
Wystarczyło kilka spadkowych sesji, by Nasdaq znalazł się na najniższym poziomie od drugiej połowy listopada. Indeks dotarł do linii trendu wyprowadzonej z sierpniowego dołka. Przez pierwszą część piątkowych notowań byki walczyły o utrzymanie tego wsparcia. Zamknięcie poniżej 2090 pkt będzie oznaczać, że ta sztuka im się nie udała. Przesądzi to o zmianie średniookresowej tendencji na malejącą i otworzy drogę do 2 tys. pkt, a w dalszej perspektywie realne stanie się dotarcie do ubiegłorocznego dołka przy 1750 pkt.
Zachowanie europejskich giełd pokazało, w jak dużym stopniu na krótkoterminową koniunkturę wpływają wahania na rynku walutowym. Wystarczyło pokaźne umocnienie dolara do euro, by to, co nie udawało się przez półtora miesiąca, stało się faktem. Indeks 50 największych spółek ze Starego Kontynentu - DJ Stoxx 50 - pokonał maksima z wiosny minionego roku. Nie wydaje się jednak, by sam spadek euro wystarczał do utrzymania dobrych nastrojów na dłużej. Przed nietrwałością obecnego ruchu zwyżkowego przestrzegają negatywne dywergencje zarówno na dziennym, jak i tygodniowym MACD. Najważniejszym wsparciem pozostaje wciąż linia biegnąca po dołkach z drugiej połowy 2004 r. Przebiega ona przy 2750 pkt. Jej przecięcie zapowiadałoby przejęcie kontroli nad rynkiem przez podaż.