Ostatnich sensacyjnych danych resortu gospodarki o przyszłych sukcesach w zbijaniu stopy bezrobocia omal nie przypłaciłem utratą ulubionego kubka - po prostu wypadł mi z ręki. Szczęściem podłoże okazało się wystarczająco miękkie, by zapobiec nieszczęściu.

Według szacunków przedstawiciela ministerstwa gospodarki, stopa bezrobocia po osiągnięciu około 19% w końcu 2004 r., w styczniu br. ma obniżyć się do 18,8%, a w grudniu spaść do zaledwie 14%. Już poprawa styczniowa wydaje się mało prawdopodobna. Zazwyczaj bowiem przełom roku przynosi typowo sezonowy wzrost stopy bezrobocia rzędu 0,4-0,6 pkt proc. Jest on - po pierwsze - związany z powrotem do rejestru osób, które czasowo znalazły pracę w okresie wiosenno-letnim i które w okresie między listopadem a lutym ponownie rejestrują się jako bezrobotne. Po drugie, trzeba pamiętać, że firmy lubią rozpoczynać nowy rok budżetowy z docelową już liczbą pracowników i w ostatnich miesiącach roku intensyfikują zwolnienia (przyjęcia zaś dokonywane są systematycznie przez cały rok). W konsekwencji styczeń i luty to miesiące dużego napływu bezrobotnych. Wzrost stopy bezrobocia miał miejsce nawet w latach bardzo wysokiego wzrostu gospodarczego i znacznie korzystniejszej sytuacji na rynku pracy. Jedynym odstępstwem od tej reguły był przełom lat 1996/1997, kiedy stopa obniżyła się o 0,1 pkt proc.

Znacznie jednak ciekawiej prezentuje się szacunek stopy bezrobocia w końcu bieżącego roku. Spadek do zaledwie 14% oznaczałby (przy utrzymaniu na niezmienionym poziomie populacji aktywnych zawodowo) zmniejszenie liczby bezrobotnych i zwiększenie liczby pracujących o blisko 800 tys. osób. Już poprawa rzędu 250-300 tys. - czyli około 2% - oznaczałaby niesamowity postęp. Taki właśnie wzrost popytu na pracę można zakładać przy wzroście gospodarczym na poziomie 5% i powrocie do tempa wzrostu wydajności rzędu 3% (typowego dla dynamicznego rozwoju sektora usługowego - gdzie wydajność liczona sprzedażą na zatrudnionego nie jest zazwyczaj wysoka). Poprawa o 800 tys. osób, przekraczająca 6%, wymagałaby wzrostu PKB bliskiego 10%. Trzeba też pamiętać, że tak duży popyt na pracę z pewnością wpłynąłby na zaktywizowanie sporej części obecnie biernych zawodowo. Wkraczając na rynek pracy, mocno zaburzyliby oni obserwowane dotąd tendencje i ograniczyli spadek liczby bezrobotnych (mimo dużego popytu na pracę). Zauważmy, że tak stałoby się, gdyby z szarej strefy wyszły osoby zatrudnione bez oficjalnego potwierdzenia tego faktu. Mielibyśmy więcej zatrudnionych, ale tyle samo bezrobotnych (stopa zaś spadłaby jedynie minimalnie ze względu na powiększenie "mianownika").

Zmiany na rynku pracy o skali zapowiadanej przez resort gospodarki możliwe są tylko w jedynym wypadku - istotnej korekty definicji bezrobotnego i skreślenia z rejestrów bezrobocia znacznej części osób tam zapisanych. Ale jeśli tak, to mówienie o poprawie rzeczywistej sytuacji jest nieco naciągane. Pójdźmy więc dalej.

Zawsze po uprzednim zagwarantowaniu dostępu do służby zdrowia można by wykreślić z rejestrów wszystkich, którzy nie mają już prawa do zasiłku i przenieść ich w statystykach do grupy zawodowo biernych. Wtedy przy liczbie bezrobotnych na poziomie około 415-420 tys. moglibyśmy cieszyć się niewielką stopą bezrobocia w wysokości 3,1%. Ale czy od tego byłoby faktycznie lepiej?