Reklama

Taczką do prywatyzacji

Co jest dobre dla Azotów - jest dobre dla Puław - mówi sekretarz tego miasta. Problem w tym, że co do interesów największej firmy na Lubelszczyźnie, odmienne zdanie mają jej związki zawodowe i zarząd. Różnią się nawet w takiej kwestii, czy firma powinna trafić na giełdę. Mimo że to już za kilka miesięcy...

Publikacja: 15.01.2005 07:27

- I co? - Andrzej Świderski, przewodniczący "Solidarności" w Zakładach Azotowych "Puławy", pyta swojego zastępcę. Kolejny dzień negocjacji, kolejna przerwa. Dziś szef związku nie poszedł na rozmowy, jakby w przeczuciu, że i tak nic nie przyniosą. Jak lew w klatce krąży od swojego wypełnionego pucharami gabinetu do drzwi pawilonu, w którym związki mają siedzibę. Staje na chodniku i patrzy w stronę przeszklonego biurowca zarządu. - Idzie jak po grudzie - wzdycha Andrzej Jacyna, zastępca Świderskiego. Zmęczony, postawny mężczyzna, przeciera okulary i po chwili znów wraca do negocjacji.

Związkowcy walczą z zarządem firmy o układ zbiorowy. Obie strony nie mogą się nawet porozumieć co do tego, czy ten układ został skutecznie wypowiedziany.

Prezent od Mikołaja

Na ostatnie święta Bożego Narodzenia Zygmunt Kwiatkowski, prezes Zakładów Azotowych w Puławach, dostał... taczkę. Przywiozła ją osoba przebrana za Mikołaja. - Dla mnie to nie pierwszyzna - mówi, lekko się uśmiechając, Kwiatkowski. Widać jednak, że temat taczki nie jest dla niego przyjemny, mimo że wiele osób już o nią pytało. Pierwszą taczkę przyczepiono przed wejściem do biura już pierwszego dnia pracy. Tak na wszelki wypadek. Żeby wiedział, że załoga jest czujna.

- Prezes zawsze mówi, że ta taczka to mu szczęście przyniosła, bo była jak się z firmą witał, a teraz jest jak będzie ją prywatyzował - mówią złośliwie związkowcy. W ogóle pracownicy są wobec Kwiatkowskiego dosyć uszczypliwi. W oknie Związku Zawodowego Pracowników Ruchu Ciągłego wisi już od dawna dziwna gazetka: wycięty z "Gazety Wyborczej" reportaż o internetowej powieści. Jej bohater, dyrektor Burak, jest głupim dyrektorem bliżej nieznanej firmy. Jakby przez przypadek: wisi nad wycinkiem z "GW" mały artykuł z miejscowej gazety. Zdjęcie Zygmunta Kwiatkowskiego i tytuł: Buraki na Azotach. - Tyle, że ten tytuł do zupełnie do czego innego się odnosił - tłumaczy Marek Sieprawski, rzecznik prasowy firmy, który gazetkę codziennie mija w drodze do prezesa. Fakt - tekst dotyczył dalekosiężnych planów "Puław", gdzie prezes do walki z bezrobociem chciał wykorzystać buraki... cukrowe.

Reklama
Reklama

Związkowcy wiedzą swoje. "Buraki" wiszą w oknie, a przed wejściem do dyrekcji wciąż stoi oflagowana na czarno taczka. Tylko kogo widzieliby na niej związkowcy? - Taczka to symbol - wykręca się Andrzej Świderski. On, choć sam organizował taczkową pikietę, prezesa nie chciałby wywozić. - A wiadomo, kto po nim przyjdzie - tłumaczy. Prezesa nie chciał też wywozić jeden, najmniejszy z czterech związków działających w Puławach - Związek Inżynierów i Techników. Podczas grudniowej demonstracji Związek był jeszcze "świeży" i jako jedyny nie przyłączył się do "taczkowej" pikiety. Ale w twardych negocjacjach z zarządem - uczestniczy.

Łańcuszek pokarmowy

Zakłady Azotowe w Puławach to firma, jakich wiele w Polsce. Położona tuż pod Puławami, na Lubelszczyźnie. Wciąż można tu spotkać drewniane chaty, a zakładów przemysłowych jak na lekarstwo.

Samo miasto od wjazdu straszy. Wyboista droga. Później cmentarz. Duży budynek z powybijanymi szybami. Zburzone dawne hale, w których produkowano żelatynę. Chwilę później na pierwszy plan wysuwają się odrapane, socjalistyczne bloki. Dopiero nieco dalej widać życie. Kolorowe witryny sklepowe, neony, reklamy. Miasto rozwinęło się głównie dzięki zakładom azotowym, które zaczęły funkcjonować w latach 60. Firma przyjęła 15 tysięcy pracowników. Wielu przeprowadziło się wtedy do miasta z rodzinami.

Co prawda, w tej chwili w spółce pracuje 3,2 tysiąca osób (z tego 2 tys. należy do związków zawodowych), ale w dalszym ciągu kilka kolejnych tysięcy ma zatrudnienie w firmach współpracujących lub żyjących z Zakładów. A do tych należą puławskie sklepiki, kwitną usługi, a miasto z odprowadzanych podatków ma pieniądze na inwestycje. Właściciele małych sklepów dzwonią do Zakładów z pytaniem, kiedy pracownicy dostaną premie i nagrody. Na ten czas planują promocje i specjalne atrakcje, które mają przyciągnąć zasobnych klientów. W Puławach "zasobnymi klientami" są pracownicy największej firmy w regionie. Na ich portfele polują nie tylko lokalni handlarze. W okolicy wkrótce powstały trzy hipermarkety. - Ale przed nimi trzeba się bronić. Zawsze jak są bony - to do sklepów miejscowych - mówią pracownicy.

W Puławach ludzie cieszą się, gdy mają pracę za tysiąc złotych i to nawet bez umowy. Praca w ZAP to marzenie dla wielu. W zeszłym roku w lokalnych mediach spółka ogłosiła, że szuka 30 osób do pracy fizycznej. Przyszło ok. 1000 zgłoszeń.

Reklama
Reklama

Lekcja demotywacji

dla młodych

Średnia pensja brutto pracownika Zakładów Azotowych Puławy wynosi 3,2 tys. zł. To gołe zarobki. Karolina Radziszewska, dyrektor ds. personalnych, mówi, że pracownicy dostają wiele dodatkowych gratyfikacji. Tylko w zeszłym roku podjęto cztery razy uchwałę o wypłacie specjalnej premii. Ostatnia - za listopad 2004 r., wyniosła 25% podstawy. Zadaniem premii jest motywowanie pracowników.

To tyle z teorii. W zasadzie premia jest przyznawana wszystkim po równo. Bo żaden z kierowników nie chce narażać się na konflikty z podwładnymi i psuć atmosfery. Premia z motywacją ma niewiele wspólnego. - Pracownicy, gdy tylko usłyszą, że firma miała spory zysk w danym miesiącu, już zgłaszają wnioski o wypłatę nagrody z zysku - mówi były pracownik spółki. Za 2004 rok ludzie z Puław dostaną nagrodę w wysokości całej pensji. Informację tę zarząd przekazał załodze pod koniec grudnia zeszłego roku. Osoby, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że gdyby pracownicy dowiedzieli się o tym wcześniej, to nie urządziliby pikiety przed Bożym Narodzeniem.

Pracownicy ZAP korzystają również z innych dodatków. Mają darmowe bilety na basen, paczki dla dzieci, dopłaty do wczasów. Dostają nagrody jubileuszowe i z funduszu nagród. Zarząd spółki organizuje też sporo integracyjnych spotkań z darmową kiełbaską i piwem.

- Ale praca w chemii nie jest ani łatwa, ani bezpieczna. Wielu tu potraciło zdrowie. Fakt - kiedyś było ponad 40 różnych dodatków do pensji. Nawet za to, że ktoś siedział w domu w gotowości - był dodatek. Zgodziliśmy się na wykreślenie z układu większości, zostało zaledwie kilka - tłumaczy Andrzej Świderski. Według niego, pracownikom należą się dobre płace, bo to oni stworzyli ten zakład. - Kiedy budowaliśmy "melaninę" (zakład zajmujący się jej przetwarzaniem), nie potrzebowaliśmy kredytów. To było z naszych pieniędzy - wyjaśnia.

Reklama
Reklama

W oknie obok którego stoi Świderski wisi kartka: wskaźniki wzrostu płac załogi i inflacja za poprzedniego prezesa, i te z kadencji obecnego. Przy byłym słupki są wysokie, a wzrosty płac - zawsze wyższe od inflacji. Przy prezesie urzędującym inflacja rośnie wolno, ale płace - wcale. Wręcz przeciwnie: spadają. - A to wszystko zależy od tego, jak liczyć - mówi rzecznik firmy.

Poprzedniego prezesa w "Azotach" - jak w Puławach mówi się o... "Puławach" - wspomina się tu niemal z rozrzewnieniem. - Przez tyle lat nikt się nie mógł zorientować, jakie miał zapatrywania poli-

tyczne - mówi jeden ze związkowców, pytany, w czym "stary" prezes był lepszy od nowego...

A Kwiatkowski mówi, że nie czuje się z nadania politycznego. - Wymienili prezesa jednego dnia. Wystarczyła jedna decyzja w Warszawie - twierdzi jednak Andrzej Świderski. Kwiatkowski przyznaje, że co prawda nie zna się na chemii, ale w zarządzaniu nie to jest najważniejsze. - Sądzić nas będą po czynach - mówi, próbując nawiązać do biblijnego stwierdzenia. Jest jednak wyraźnie poruszony. Gestykuluje, podnosi głos. - Ja tu mam gości z Włoch. Pracujemy nad prospektem. Już nie wiem, w co ręce włożyć - denerwuje się i opuszcza salę.

Pieniądze na pierwszym

Reklama
Reklama

planie

Konflikt między związkami i zarządem trwa od co najmniej 2002 r., ale zaostrzył się w zeszłym roku. Na początku 2004 r. zarząd ZAP wypowiedział zbiorowy układ pracy. Układ tak stary jak firma. Obowiązywał "od zawsze". -To był najlepszy układ w Polsce. Wszyscy nam go zazdrościli. Nic dziwnego, że nowy, proponowany przez zarząd układ, najchętniej wywieźliby na taczce. Bo nowy nie gwarantuje prawie nic ponad kodeks pracy.

Pani dyrektor zapytana o wysokość zarobków na poszczególnych stanowiskach unika odpowiedzi. Mówi, że sprawa jest dość skomplikowana, a wynagrodzenie liczone oddzielnie dla każdego pracownika. W jaki sposób? Otóż najniższą pensją jest 1250 zł brutto. Nieco więcej, ale poniżej 2,5 tys. zł, może wywalczyć pracownik umysłowy. Ale młoda osoba nie ma co liczyć na kokosy. W Puławach najważniejszy jest czas pracy. Z każdym rokiem wynagrodzenie wzrasta o 1%. Każdego pracownika. Sprzątaczki, kierownika czy dyrektora.

Dochodzi do tego, że starsi pracownicy fizyczni zarabiają znacznie więcej niż osoba ze znajomością języków, zagranicznym wykształceniem itp. ale tylko kilkuletnim stażem. - Dla normalnych ludzi taka sytuacja jest nie do wytrzymania. Po co się uczyć, jak i tak o zarobkach decyduje staż pracy i magiczna siatka płac. Nieważne, co ktoś zrobił dla firmy. Ważne - ile dla niej pracował - mówi były pracownik biura strategii spółki. Rzadko dochodzi do takich sytuacji, że ktoś pracuje więcej niż wymagane 8 godzin. Równo o godzinie 15.00 ludzie pracujący w biurach wychodzą do domów. Przyzakładowy parking, zapełniony zupełnie niezłymi samochodami, pustoszeje. Wystarczy tylko przejechać przez lasek i już są Puławy. Ciepły obiad, piwo, telewizor. Do wieczora jeszcze mnóstwo czasu. Ludzie nie wyobrażają sobie, jak można pracować po 10-12 godzin.

Wzrost pensji zasadniczej o 1% liczony jest dopiero po trzech latach pracy. Ale jakiejkolwiek pracy. I tak np., jeżeli ktoś był fryzjerem przez ostatnie 10 lat, to automatycznie dostaje dodatek stażowy w ZAP. A dodatków jest znacznie więcej. Drugim co do wielkości jest zmianowy. Ale są też m.in.: funkcyjny, brygadzistowski, za pracę w warunkach szczególnych, za utrzymanie sprzętu w gotowości, za ratownictwo chemiczne, operacyjny itp.

Reklama
Reklama

- Ten 1 procent za każdy rok pracy jest za przywiązanie do firmy. Na Zachodzie to norma. Byłem kiedyś z wizytą w angielskiej fabryce należącej do Japończyków - nawet oni płacą podobne dodatki - mówi Świderski. Przewodniczący "Solidarności" przepracował w "Puławach" 37 lat.

Prywatyzacja tak,

ale z lękiem

Za kilka miesięcy ZAP przejdą drugą próbę wejścia na warszawską Giełdę Papierów Wartościowych. Pierwszą, nieudaną przeszły w 2001 r. Pracownicy spółki nie są przeciwni prywatyzacji, ale mają wiele obaw. Że przyjdzie nowe i w najgorszym razie powtórzy się los znajdujących się opodal pustych hal - tych z wybitymi oknami - gdzie do lat 90. produkowano żelatynę. Od Skarbu Państwa odkupił je Kazimierz Grabek, zwany królem żelatyny. Kiedy zakłady padły, pracę straciły setki ludzi. Wśród nich - żona Andrzeja Świderskiego. - Teraz boimy się tego samego - mówi.

Związkowcom nie podoba się wiele "zabiegów" prywatyzacyjnych. Są przeciwni sprzedaży spółek, które wcześniej wydzielono z ZAP. W 10 zależnych zakładach pracuje dziś ponad 1000 osób. Związki chciałyby je również chronić. - Dwoma spółkami zainteresowany jest puławski Mostostal, spółka córka warszawskiego Mostostalu. Temu nie jesteśmy przeciwni: Mostostal jest w Puławach, jest nam znany, wiemy, że nic złego nie zrobi. Ale z pozostałymi - nie wiadomo. Nie chcielibyśmy, żeby skończyło się jak z żelatyną - mówi Świderski. I podaje przykład zakładów mechanicznych w Poniatowej - niegdyś największego konkurenta Puław do miana największej firmy w regionie. - Już ich nie ma - wzdycha szef związku.

Reklama
Reklama

Związki zgodnie twierdzą, że nie ma sensu sprzedawać spółek, kiedy wszystkie przynoszą zyski, a sam zakład nie potrzebuje pieniędzy, bo akurat świetnie się mu wiedzie. Tylko jak długo utrzyma się chemiczna hossa? - W chemii to są zawsze 4 lata tłuste, 4 lata chude - śmieją się pracownicy.Sęk w tym, że te chude lata mogą wkrótce nadejść. Zakłady z niepokojem czekają na zapowiadaną podwyżkę cen gazu. ZAP jest dziś największym odbiorcą tego surowca w Polsce - pochłania ponad 6%. Dlatego pracownicy chętnie widzieliby jako przyszłego właściciela firmę, która ma własne złoża metanu.

A może...

nie prywatyzować?

Związkowcy mają jednak jeszcze jedną, własną wizję prywatyzacji. A raczej konsolidacji pod patronatem Skarbu Państwa. Chcieliby skupienia, ale pod zarządem "Puław" czterech zakładów chemicznych, które niegdyś tworzyły kombinat: Polic, Kędzierzyna, Tarnowa i właśnie Puław. Kiedy nikt się tym projektem nie zainteresował, pracownicy zaczęli się domagać prywatyzacji na ich zasadach - chcą żeby Skarb Państwa jeszcze przez 5 lat po prywatyzacji zachował 51% akcji firmy. Dla zabezpieczenia. W czasie obrad Komisji Skarbu ten projekt przeszedł. Ale w późniejszych opracowaniach nie ma już o nim słowa.

Wewnętrzne obawy uciszają jednak obiecane pracownikom akcje. - Ostatnio prezes przemawiał na spotkaniu rady miejskiej. Powiedział, że akcje będą mogli dostać też byli pracownicy spółki. Emeryci. W krótkim czasie odebrałem mnóstwo telefonów z pytaniem od konkretnych osób, czy one też dostaną i ile - mówi Marek Sieprawski, rzecznik ZAP. Zbliżająca się prywatyzacja spółki to dla pracowników szansa na akcje firmy, ale też chcą przycisnąć zarząd do większych ustępstw. W sprawie nowego układu zbiorowego pracy odbyło się w zeszłym roku przeszło 40 spotkań negocjacyjnych. Rozmowy utknęły w dwóch punktach. Zarząd nie zgodził się spełnić żądań pracowników na finansowanie związków, a pracownicy nie godzą się na zamrożenie funduszu stażowego. Związkowcy chcą, żeby firma do prywatyzacji przystąpiła już z układem.

Co jest dobre...

W całą sprawę nie wtrącają się tylko władze miasta. - Przyglądamy się temu, co się dzieje, ale się nie wtrącamy - mówi Ewa Wójcik, sekretarz miasta. - To wewnętrzne relacje firmy, a my liczymy, że strony dojdą do porozumienia. Prezes ZAP systematycznie zdaje nam relacje na radzie miasta. A co znaczy dla miasta prywatyzacja Zakładów? Wszystko, co jest dobre dla "Azotów", jest dobre dla Puław - dodaje.

A taczka przed "Puławami" stoi...

Park w Puławach

Zakłady Azotowe "Puławy" zaproponowały przed dwoma laty utworzenie Puławskiego Parku Przemysłowego. Miałby to być zbiór "wyodrębnionych nieruchomości, wzajemnie powiązanych firm, wyspecjalizowanych dostawców, jednostek świadczących usługi oraz firm działających w pokrewnych sektorach, związanych z nimi instytucjach, konkurujących ze sobą, ale również współpracujących" położonych na terenie 568 hektarów wokół zakładów azotowych. Za największe plusy pomysłodawcy uznali bliskość pozaunijnych rynków zbytu, uzbrojone tereny - zwłaszcza pod działalność przemysłu chemicznego, możliwość pozyskania kadry. Park do dziś pozostaje projektem.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama