Reforma emerytalna, która ruszyła w 1999 roku, jest mniej więcej na półmetku. Wiadomo bowiem, kto zbiera i do kogo trafiają składki, ale nadal nie wiadomo, kto i w jaki sposób będzie wypłacał te świadczenia. Wcześniej była mowa o zakładach emerytalnych - nowych instytucjach, które zostałyby powołane wyłącznie do tego celu i miałyby ze sobą konkurować. Teraz o zakładach mówi się w czasie przeszłym - tak przynajmniej wynika z konferencji poświęconej zmianom w systemie emerytalnym, a zorganizowanej przez Instytut Rozwoju Biznesu.
Wszystkim równo
Wiadomo już, że - zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej - emerytury będą wypłacane na podstawie jednolitych dla obu płci tablic śmiertelności. Ma to zapobiec dyskryminacji kobiet pod względem wysokości świadczeń emerytalnych, bo prowadzi do tego, że przy takiej samej kwocie oszczędności kobieta otrzyma taka samą wysokość świadczenia. Tyle tylko, że oznacza to, że mężczyźni sfinansują część emerytur kobiet. Dlaczego? Ponieważ te żyją dłużej i jest ich więcej.
Wiadomo też, że głównym - jeśli nie jedynym - produktem będzie świadczenie o stałej wysokości, wypłacanej w jednej kwocie do końca życia (tzw. annuitet). To bowiem pozwoli uniknąć sytuacji, w której część osób najpierw wykorzystała cały zgromadzony kapitał, a następnie musi być wspomagana przez państwo. Z kolei dzięki temu, że część uczestników systemu umrze zanim wyczerpie się zgromadzony przez nich kapitał, możliwe będzie sfinansowanie świadczeń dla tych, którzy będą żyć bardzo długo. To oznacza jednak, że przy wypłacie świadczeń nie będzie dziedziczenia środków - które jest wpisane w system funduszy emerytalnych.
Takie rozwiązania będą oznaczać, że część osób najlepiej zarabiających dostanie mniej niż wynikałoby ze zgromadzonego kapitału. Jednak - według profesora Marka Góry - złym rozwiązaniem byłoby wypłacanie części zgromadzonych środków najlepiej zarabiającym.