Reklama

Prywatyzacja po polsku

Przeciętnemu Kowalskiemu trudno czasem zrozumieć sens prywatyzacji

Publikacja: 25.01.2005 07:13

Kilka tygodni temu miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z byłymi ministrami skarbu (obecny też był zaproszony, ale, niestety, nie dotarł). Mówiono, oczywiście, o prywatyzacji. A jednym z najważniejszych tematów była kwestia postrzegania tego procesu przez społeczeństwo. Wszyscy zaproszeni jak jeden mąż twierdzili, że negatywny odbiór społeczny związany jest przede wszystkim ze "złą prasą", czyli innymi słowy z działalnością dziennikarzy. No cóż, nie po raz pierwszy wszystkiemu winni są dziennikarze...

Prawda leży - jak zwykle - pośrodku. Nie ma wątpliwości, że zdecydowana większość umów prywatyzacyjnych jest sensownych. Nowy właściciel dokonał restrukturyzacji, zainwestował własne środki i dzisiaj wszyscy włącznie (a może przede wszystkim) z pracownikami są zadowoleni. Weźmy choćby Dębicę, czy zakłady Fiata w Bielsku. Przykładów jest zresztą wiele. O tych mniejszych, bardzo często szalenie interesujących, w ogóle się nie wspomina.

Faktem jest, że media kochają sensację, a kiedy okazuje się, że sensacja była nieco "na wyrost", trudno jest całą sprawę odkręcić. Najlepszym przykładem są Domy Towarowe Centrum. O sprzedaży za kilkaset milionów złotych należących do gminy Centrum gruntów, na których obiekty stoją, przeciętny Kowalski nie ma pojęcia. A do takiej transakcji doszło, tyle tylko, że długo po tym, jak ogłoszono "megaprzekręt", czyli sprzedaż za "psie pieniądze" jednej z wizytówek Warszawy (czyli właśnie DT Centrum). Informacja o tym, że sprzedano jedynie budynki, bez działek, na których stoją, nie mogła się jakoś przebić w mediach.

Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że przykładów pomyłek dziennikarskich, żeby użyć dość oględnego sformułowania, zbyt wiele nie ma. Uważam, że nawet jeśli mielibyśmy od czasu do czasu spotykać się z pomyłkami, to i tak gra jest warta świeczki. Gdyby nie dziennikarze, 90% afer do dzisiaj nie ujrzałoby światła dziennego.

Wracając jednak do meritum. Skandale, oszustwa, kradzieże - niestety, to też jest prywatyzacja po polsku. Co prawda są to zdarzenia sporadyczne, niemniej jednak się zdarzają. Ostatni wielki znak zapytania to oczywiście PZU. Tym razem kaliber sprawy jest olbrzymi.

Reklama
Reklama

Jak więc jest naprawdę z prywatyzacją po polsku? Przeciętnemu Kowalskiemu trudno czasem zrozumieć jej sens. Bardzo często obowiązuje następujący schemat myślenia: mamy zakład, który na razie nieźle sobie radzi, aż tu nagle przychodzą z zagranicy i zaprowadzają swoje porządki. A zaczyna się najczęściej od zwolnień. Problem w tym, że znaczna część zakładów bez restrukturyzacji, bez radykalnych często działań, np. bez zwolnień właśnie, nie miałaby szansy przetrwać. Czyli innymi słowy: i tak zmiany trzeba by było przeprowadzić. Inwestor strategiczny daje szansę na to, że będą one szybsze i lepsze (choćby ze względu na środki finansowe, wiedzę i doświadczenie). Szanse, ale oczywiście, pewności nie ma.

Szkoda, że tak rzadko pokazujemy przykłady pozytywne. Nie dotyczy to zresztą tylko prywatyzacji. Bardzo wiele transakcji okazało się strzałem w dziesiątkę, bardzo wiele firm odniosło autentyczny sukces. Niestety, niechętnie mówi się o nich w radio czy w telewizji, nieczęsto pisze się w prasie. Może gdyby Polacy znali te przykłady, patrzyliby na prywatyzację znacznie bardziej łaskawym okiem. I łatwiej byłoby dokonywać przekształceń własnościowych. Bo naprawdę nic lepszego od własności prywatnej w gospodarce na razie nie wymyślono.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama