Kilka tygodni temu miałem przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z byłymi ministrami skarbu (obecny też był zaproszony, ale, niestety, nie dotarł). Mówiono, oczywiście, o prywatyzacji. A jednym z najważniejszych tematów była kwestia postrzegania tego procesu przez społeczeństwo. Wszyscy zaproszeni jak jeden mąż twierdzili, że negatywny odbiór społeczny związany jest przede wszystkim ze "złą prasą", czyli innymi słowy z działalnością dziennikarzy. No cóż, nie po raz pierwszy wszystkiemu winni są dziennikarze...
Prawda leży - jak zwykle - pośrodku. Nie ma wątpliwości, że zdecydowana większość umów prywatyzacyjnych jest sensownych. Nowy właściciel dokonał restrukturyzacji, zainwestował własne środki i dzisiaj wszyscy włącznie (a może przede wszystkim) z pracownikami są zadowoleni. Weźmy choćby Dębicę, czy zakłady Fiata w Bielsku. Przykładów jest zresztą wiele. O tych mniejszych, bardzo często szalenie interesujących, w ogóle się nie wspomina.
Faktem jest, że media kochają sensację, a kiedy okazuje się, że sensacja była nieco "na wyrost", trudno jest całą sprawę odkręcić. Najlepszym przykładem są Domy Towarowe Centrum. O sprzedaży za kilkaset milionów złotych należących do gminy Centrum gruntów, na których obiekty stoją, przeciętny Kowalski nie ma pojęcia. A do takiej transakcji doszło, tyle tylko, że długo po tym, jak ogłoszono "megaprzekręt", czyli sprzedaż za "psie pieniądze" jednej z wizytówek Warszawy (czyli właśnie DT Centrum). Informacja o tym, że sprzedano jedynie budynki, bez działek, na których stoją, nie mogła się jakoś przebić w mediach.
Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że przykładów pomyłek dziennikarskich, żeby użyć dość oględnego sformułowania, zbyt wiele nie ma. Uważam, że nawet jeśli mielibyśmy od czasu do czasu spotykać się z pomyłkami, to i tak gra jest warta świeczki. Gdyby nie dziennikarze, 90% afer do dzisiaj nie ujrzałoby światła dziennego.
Wracając jednak do meritum. Skandale, oszustwa, kradzieże - niestety, to też jest prywatyzacja po polsku. Co prawda są to zdarzenia sporadyczne, niemniej jednak się zdarzają. Ostatni wielki znak zapytania to oczywiście PZU. Tym razem kaliber sprawy jest olbrzymi.