Jeszcze 2 tygodnie temu instytucja, która chciała wykupić miejsce umożliwiające handel na nowojorskiej giełdzie, musiała zapłacić 975 tys. USD, najmniej od dziewięciu lat. W rekordowym pod tym względem 1999 r., gdy na rynkach panowała tzw. internetowa gorączka, cena wynosiła 2,7 mln USD. Od tej pory jednak przez giełdę przetoczyła się bessa, wybuchł skandal związany z wygórowanymi zarobkami byłego prezesa Richarda Grasso, a nowy szef John Thain ciągle zapowiada, że chce zreformować system obrotu na tej największej światowej giełdzie pod względem kapitalizacji spółek. To wprowadziło niepewność wśród maklerów operujących na parkiecie i spowodowało spadek ceny za miejsce. Thain kilkakrotnie mówił już, że NYSE musi wprowadzić elektroniczny system obrotu, ponieważ utrzymując tradycyjną metodę handlu za pośrednictwem maklerów na parkiecie, nie sprosta konkurencji ze strony nowoczesnych platform obrotu i giełd stosujących już handel elektroniczny.

Obecny wzrost ceny powyżej 1 mln USD to prawdopodobnie krok ze strony zarządu, mający na celu uspokojenie 1366 członków giełdy, którzy krytykują go za to, że nie czyni nic, by podtrzymać wartość tej instytucji przed planowaną również tzw. demutualizacją, czyli przekształceniem NYSE w spółkę publiczną, której akcje powinny zadebiutować na giełdzie.

NYSE dla Europejczyków?

- Rozważamy rozszerzenie godzin pracy - powiedział wczoraj w Davos John Thain, dyrektor generalny NYSE. - To najprawdopodobniej byłaby tylko godzina lub dwie na początku lub na końcu sesji. Raczej na początku - dodał. Decyzja ma zapaść w tym roku. Obserwatorzy spekulują, że wcześniejszy początek sesji na giełdzie nowojorskiej (obecnie handel zaczyna się o 9.30, czyli 14.30 naszego czasu), ma jej pozwolić na przyciągnięcie większej grupy inwestorów z Europy.

Bloomberg