Nudna sesja nie byłaby dla nikogo zaskoczeniem, gdyby nie fakt wtorkowego mocnego ataku popytu. Dawał on cichą nadzieję, że trochę wbrew marazmowi na światowych giełdach, dzisiaj popyt może uporać się z "ostatnimi" zniesieniami (61,8%) styczniowej fali spadkowej i tym samym w ślad za rynkiem węgierskim oraz czeskim otworzyć możliwość wzrostu do nowych szczytów hossy. Nic z tego nie wyszło i zawróciliśmy dokładnie na wspomnianych zniesieniach. Zawróciliśmy? Trochę źle to określiłem. Bo zwrotem należałoby nazywać odwrót na tym poziomie wywołany atakiem podaży. Nic takiego wczoraj nie było. Po wysokim otwarciu ruszyliśmy do osuwania, oddaliśmy po parę punktów na obu rynkach, a potem przez kolejne godziny utknęliśmy w konsolidacji, czekając na wieczorną lustrację Greenspana i ujawnienie zawartości jego teczki, a konkretnie treści komunikatu po posiedzeniu FOMC.

Na dzisiaj kierunek indeksów ustawi nieznana mi jeszcze reakcja amerykańskich inwestorów na to właśnie wydarzenie. Jeśli zmiany w ostatnich dwóch godzinach sesji za Oceanem będą gwałtowne, to nasz rynek nie powinien się temu oprzeć. Do wczoraj szliśmy swoim torem, a teraz zaczyna rządzić Fed i dane z amerykańskiego rynku pracy. Na koniec jeszcze przypomnienie, że wbrew obiegowej opinii, podwyżki stóp procentowych nie zawsze działają destrukcyjnie na rynek akcji w krótkim terminie. Sporo analityków często powtarza, że hossa kończy się po trzech pierwszych podwyżkach. Ekonomicznie ma to sensowne wytłumaczenie, ale opóźnienie oddziaływania decyzji Fed na gospodarkę sprawia, że giełdowe stopy zwrotu dla danego okresu zaczynają być niższe od historycznych średnich dopiero po około 25 tygodniu od trzeciej podwyżki. Biorąc pod uwagę, że miała ona miejsce we wrześniu, to zaczniemy się tym martwić dopiero w marcu.