Reklama

Twarze inwestowania

"Kolekcjonerskie" inwestycje można - jeśli chcemy wyjść z inwestycji - na przykład skonsumować

Publikacja: 04.02.2005 07:17

- Wpakujemy trochę w obligacje, trochę w akcje i pochodne, a resztę - w sztabki złota, cenne złote monety i kolekcję starych win z najlepszych winnic i roczników - mówi doradca w assecie zamożnemu klientowi. Science fiction? Niekoniecznie, choć można przypuszczać, że takie scenki z udziałem polskich inwestorów, delikatnie mówiąc, nie są zbyt częste. Ale scenkę taką warto wyobrazić sobie choćby po to, by - mimo nawykowego i zawodowego wręcz przywiązania do akcji, obligacji i pochodnych - uświadomić sobie, że nie samym papierem człowiek żyje.

Pomyślałem o tym, czytając gdzieś w internecie informację z zagranicy o dedykowanych doradcom inwestycyjnym szkoleniach w zakresie oceny opłacalności inwestycji w... wino. Pomyślałem o tym także po rozmowach z ludźmi, dla których zbieranie starych monet, historycznych papierów wartościowych czy znaczków i kart pocztowych jest zarówno życiową pasją, jak i sposobem na inwestowanie i zarabianie. Zresztą urokowi kolekcjonerstwa trudno się oprzeć, co jednak powinno skłaniać do tym większej ostrożności w szacowaniu własnych szans na sukces inwestycyjny w tym względzie.

Jeśli przyjmiemy, że tylko niektóre cenne dobra kolekcjonerskie mogą pełnić funkcję lokaty - inwestycji, to i tak okaże się, że paleta potencjalnych inwestycji jest - w sensie kategorii, a nie liczby - nieporównywalnie szersza od gamy z definicji wystandaryzowanych instrumentów finansowych. Paleta szeroka, okazy - piękne, niekiedy zarobić można pewnie i fortunę. Ale czy na pewno będzie z tego zysk? Jaki? Kiedy? I jak ocenić ryzyko związane z kupnem rzadkiej monety sprzed setek lat, unikatowych znaczków pocztowych czy pięknych starych papierów wartościowych?

Problemów z takim "niepapierowym" inwestowaniem jest sporo. Inwestycyjne hobby, jeśli miałoby być traktowane całkiem serio, kosztuje zwykle dość słono. Płynność w wielu przypadkach jest zagadką. Czas czekania na owoce inwestycji może przekroczyć wyobrażenia optymistów. Przede wszystkim zaś trzeba się na tym naprawdę dobrze znać albo korzystać z rad prawdziwych fachmanów. Konieczna jest przecież ekspertyza, czy to, co jest oferowane inwestorowi, jest faktycznie tym, o czym mówi sprzedający. No i kwestia ceny, której weryfikację utrudni ograniczona płynność rynku, naturalny brak standaryzacji i konieczność odwoływania się do konkretnych transakcji i katalogowych wycen. W takiej sytuacji przepłacić i kupić łatwo, ale co z tym potem zrobić?

No właśnie. Nie da się ukryć, że takie "kolekcjonerskie" inwestycje, mimo wcześniejszych zastrzeżeń, mają nie tylko wiele czaru, ale i jedną zaletę. W przeciwieństwie do zapisów księgowych, jakimi de facto handlujemy na rynku finansowym, można je bowiem po prostu postawić na półce, ułożyć w klaserze lub - w odruchu rozpaczy - skonsumować, o ile oczywiście inwestycja ma postać kolekcji starego markowego wina. Można, ale nie o takie wyjście z inwestycji chodzi. W Polsce osobliwego posmaku akurat tego typu "trunkowym" inwestycjom nadaje dość specyficzna sekwencja zdarzeń - bywało wszak tak, iż najpierw słyszeliśmy o unikatowych kolekcjach alkoholi i cygar, a potem - o "przejściach" ich posiadaczy. Zarzuty, medialne śledztwa, komisje... Akurat w tym kontekście standardowe kolekcjonowanie zwykłego kapitału wydaje się i bardziej dostępne, i o wiele spokojniejsze.

Reklama
Reklama

Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama