Rynek pierwotny tętni życiem. Są tego dwa powody. Firmy, które się rozwijają, potrzebują pieniędzy, aby rozwój utrzymać i pogłębić: w miarę jedzenia apetyt wszak rośnie. A rozwijają się, bo i cała gospodarka idzie naprzód. Po wtóre, właściciele przedsiębiorstw szukają okazji, aby sprzedać akcje i zarobić. Dla jednych i drugich giełda jest tym, czego im trzeba. Godna pozazdroszczenia jest sytuacja właścicieli: inkasują zwykle miliony (ba - dziesiątki, a nawet setki milionów), a przy tym zachowują najczęściej kontrolę nad spółką. Mieć ciastko i zjeść ciastko - to komfortowa sytuacja.
Jeśli zadowoleni są sprzedający akcje i kupujący - wszystko jest OK. Jeśli kupujący są zadowoleni także później - kiedy firma da się już poznać inwestorom - jest jeszcze lepiej.
Oczywiście, nie brak takich, co kupują papiery w ofertach i sprzedają w czasie debiutu lub tuż po. To jak hazard. Który zresztą przynosi ostatnio niezłe rezultaty, a przynosiłby pewnie jeszcze lepsze, gdyby mniej było hazardzistów (i mniejsze redukcje zapisów).
Gorzej z tym "poznawaniem się", które wymaga trochę czasu. Czy ktoś, kto inwestuje na ciut dłużej niż na chwilę, cieszy się jeszcze, że kupił wiosną akcje Artmana albo Hygieniki. No, wątpię. Lepiej znam pierwszą firmę, więc potraktujmy ją - bez obrazy - jako królika doświadczalnego.
Czy można było uchronić się przed rozczarowaniem? Przewidzieć niekorzystny bieg zdarzeń (z kilkukrotną weryfikacją prognoz i "zjazdem" zysku z 6 mln zł do zera oraz odpowiednim zjazdem kursu)?