W sylwestrowej gorączce analitykom umknęła dość ciekawa informacja. Ja jej przynajmniej na początku stycznia w tekstach nie widziałem, co zawsze przemawia za skutecznością giełdowych wskazówek. Mowa o jednym z giełdowych mitów z serii tych "egzotycznych". Według niego, powstanie kolejnego najwyższego na świecie drapacza chmur zwiastuje koniec hossy. W Taipei 31 grudnia 2004 r. do użytku oddano najwyższy obecnie Taipei-101, a dzień później amerykańskie indeksy na otwarcie pobiły rekordy dwuletniej hossy i ruszyły do mocnej styczniowej korekty. Spiskowa teoria dziejów znów dała o sobie znać.
Wspominam o tym teraz dlatego, że rynek amerykański stoi w kolejnym tygodniu przed możliwością zaprzeczenia tym giełdowym "regułom" i poprawienia szczytów hossy. Niewątpliwie ich brak, mimo pozornej niezależności GPW, jest w tej chwili ciężarkiem dla warszawskich indeksów, które choć w tym tygodniu goniły węgierski BUX i europejskie indeksy, to w przeciwieństwie do tych rynków, nowych szczytów (WIG20) nie zrobiliśmy. Gdyby do tego towarzystwa dołączyła Ameryka, my też nie oprzemy się pokusie wyciśnięcia krótkich pozycji.
Zacząłem jednak od "argumentu", że szczyt w USA już był. Ostatnie dane o nastrojach i przepływach kapitału już takiej pewności nie dają. Mieliśmy bowiem drugi tydzień z rzędu, gdy do amerykańskich funduszy akcji wpłacono około 4,5 mld USD. Ostatni raz inwestorzy tak wyraźnie przekładali swój optymizm w czyny w pierwszej połowie listopada, gdy mieliśmy chyba najbardziej dynamiczny wzrost 2004 roku. Do tego opinie o rynku akcji choć pozostają zbyt optymistyczne na trwały trend wzrostowy, to są wyraźnie mniej entuzjastyczne niż na przełomie roku (Investors Intelligence 62,9% byków 29 XII i 54,6% 9 II). Taki układ sugeruje, że indeksy szczyty jednak poprawią.