Przez cały tydzień indeks oscylował w okolicy szczytu z 3 stycznia 2005. Futures w takiej sytuacji "nie dowierzają" w jego przebicie. Dlatego też najwyższa wartość kontraktów w mijającym tygodniu to 1980 pkt co oznacza, że zabrakło aż 18 pkt do ich analogicznego maksimum. Nastąpiło spłaszczenie notowań kosztem bazy.

Pokonanie szczytu z marszu już we wtorek byłoby czymś zbyt prostym i zbyt oczywistym. Stało się inaczej. Rynek zbliżył się w okolice maksimum i porusza się niebezpiecznie na krawędzi. Możliwe są dwa warianty. W pierwszym z nich zakładam, że przewagę mają niedźwiedzie i to one kontrolują rynek. Oddały one chwilowo pole, by sprzedać jak najdrożej. Za takim scenariuszem przemawia znaczny wolumen obrotu w czwartek, kiedy indeks znajdował się najwyżej - aż 656 mln (spółki z WIG20), co jest najwyższym wynikiem od niemal dwóch miesięcy. Jeśli niedźwiedzie kontrolują sytuację (czego nie mogą być pewni nawet oni sami), to dojdzie do korekty, prawdopodobnie do 1900 pkt lub niżej.

W drugim wariancie zakładam, że byki mają do wydania większe pokłady gotówki, niż podaż, jaką mogą na tym poziomie wystawić ich przeciwnicy. To, co się stało w tym tygodniu, było realizacją ich scenariusza - chcąc kupić dużą ilość akcji należało zatrzymać się pod szczytem po to, by zaktywizować dużą podaż. Przebijanie maksimum mija się z celem. Po ich pokonaniu doszłoby do wzmożonych zakupów, czyli windowania cen, przy małej podaży. Dodajmy, że kapitał zagraniczny, który płynie na naszą giełdę, ma bardziej charakter fundamentalny niż spekulacyjny. Dłuższy jest okres trwania inwestycji niż to miało miejsce dotąd. Chcąc kupić jak najtaniej i jak najwięcej, należy zatrzymać się z kupnem właśnie w okolicy szczytu i kupować, kupować...