Reklama

Polityczne koło fortuny

Skończyły się już czasy, gdy ktoś próbował żądzę władzy przysłonić jakimiś ideologiami typu liberalizacja gospodarki czy posiadanie serca po lewej stronie

Publikacja: 15.02.2005 07:21

Ni stąd, ni zowąd, głównym tematem debaty politycznej w naszym kraju stał się termin wyborów. Skończyły się już czasy, gdy ktoś próbował żądzę władzy przysłonić jakimiś ideologiami typu liberalizacja gospodarki czy posiadanie serca po lewej stronie. To już jest za nami i teraz nikt nie kryje, że głównym kryterium doboru sojuszników w polityce jest data.

Mnie akurat to wcale nie przeszkadza. Przynajmniej wiadomo, że chodzi o coś konkretnego. O to, czy nasza kochana lewizna zdąży przepchnąć jeszcze ze dwie ustawy, wprowadzić kilka osób na odpowiednie stanowiska i odzyskać parę promili społecznej popularności. A także o to, że nasza droga prawica dorwie się do stanowisk już w środę, czy też dopiero w piątek - z grubsza rzecz biorąc, szybko wyrzuci parę osób i wciśnie na ich miejsce kilku swoich oraz zacznie wcześniej przepychać własne ustawy przez parlament.

Na tym, oczywiście, wszystkie szumnie zapowiadane rewolucje się skończą. Bo w cuda wierzy ten, kto sądzi, że nowi włodarze dzięki wyborom w czerwcu zaczną nam szybciej robić dobrze i już w 2006 roku będziemy tutaj mieli San Francisco. Przecież już PO zapowiadała wcześniej, że reformy chętnie porobi, ale dopiero w przyszłym roku. A jak wybory będą na jesieni - to może nawet w pozaprzyszłym. A ja bardzo chciałbym zobaczyć jakąś partię, która robiła jakieś poważne zmiany pod koniec kadencji parlamentu. To znaczy - taka może dopiero powstać, gdy Unia Wolności połączy się z Jerzym Hausnerem.

Nim więc do tych poważnych zmian dojdzie, nowi władcy zdążą się już zasiedzieć w swoich nowych gabinetach, zapoznać z dyrektorami i lobbystami. I znowu okaże się, że np. żelatyna będzie ważniejsza od liberalizacji handlu czy też obietnic przedwyborczych.

Potem okaże się, że do pracy nie przychodzi się "by niszczyć, ale żeby coś budować". Ministrowie hojną ręką będą rozdzielać dotacje, środki specjalne czy fundusze celowe. Jak zwykle, będą zawyżali liczbę etatów i składali do resortu finansów zapotrzebowania budżetowe dwa razy większe niż rzeczywiste potrzeby. A że przy okazji z tych pieniędzy coś skapnie partii, a coś wezmą ludzie z bliskiego otoczenia, to rzecz nieubłagana. Do tego kilka prywatyzacji, dwie komisje śledcze i będzie równie wesoło jak dzisiaj.

Reklama
Reklama

A potem, jak zwykle, znowu wrócą ci, których teraz się próbuje wyrzucić z posad dzięki wyborom na wiosnę, czyli w lecie. Oni wtedy będą mieli patent na wszystko, masę pomysłów i nowe, nieskalane łapówkami kadry kierownicze. I będziemy się jeszcze tak bawić przez kolejne lata, aż - jak to zwykle w ostatnich wiekach naszej historii bywało - ktoś w końcu przyjdzie z zewnątrz i wyrówna.

Chyba że ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy i zechce zmienić coś naprawdę. Wcześniej jednak na taką wyprawę powinni się udać wyborcy. Ale - jak już wiadomo nie od dziś - ci lubią głosować na tych, których znają. Nawet jeśli im nie wierzą.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama