Ni stąd, ni zowąd, głównym tematem debaty politycznej w naszym kraju stał się termin wyborów. Skończyły się już czasy, gdy ktoś próbował żądzę władzy przysłonić jakimiś ideologiami typu liberalizacja gospodarki czy posiadanie serca po lewej stronie. To już jest za nami i teraz nikt nie kryje, że głównym kryterium doboru sojuszników w polityce jest data.
Mnie akurat to wcale nie przeszkadza. Przynajmniej wiadomo, że chodzi o coś konkretnego. O to, czy nasza kochana lewizna zdąży przepchnąć jeszcze ze dwie ustawy, wprowadzić kilka osób na odpowiednie stanowiska i odzyskać parę promili społecznej popularności. A także o to, że nasza droga prawica dorwie się do stanowisk już w środę, czy też dopiero w piątek - z grubsza rzecz biorąc, szybko wyrzuci parę osób i wciśnie na ich miejsce kilku swoich oraz zacznie wcześniej przepychać własne ustawy przez parlament.
Na tym, oczywiście, wszystkie szumnie zapowiadane rewolucje się skończą. Bo w cuda wierzy ten, kto sądzi, że nowi włodarze dzięki wyborom w czerwcu zaczną nam szybciej robić dobrze i już w 2006 roku będziemy tutaj mieli San Francisco. Przecież już PO zapowiadała wcześniej, że reformy chętnie porobi, ale dopiero w przyszłym roku. A jak wybory będą na jesieni - to może nawet w pozaprzyszłym. A ja bardzo chciałbym zobaczyć jakąś partię, która robiła jakieś poważne zmiany pod koniec kadencji parlamentu. To znaczy - taka może dopiero powstać, gdy Unia Wolności połączy się z Jerzym Hausnerem.
Nim więc do tych poważnych zmian dojdzie, nowi władcy zdążą się już zasiedzieć w swoich nowych gabinetach, zapoznać z dyrektorami i lobbystami. I znowu okaże się, że np. żelatyna będzie ważniejsza od liberalizacji handlu czy też obietnic przedwyborczych.
Potem okaże się, że do pracy nie przychodzi się "by niszczyć, ale żeby coś budować". Ministrowie hojną ręką będą rozdzielać dotacje, środki specjalne czy fundusze celowe. Jak zwykle, będą zawyżali liczbę etatów i składali do resortu finansów zapotrzebowania budżetowe dwa razy większe niż rzeczywiste potrzeby. A że przy okazji z tych pieniędzy coś skapnie partii, a coś wezmą ludzie z bliskiego otoczenia, to rzecz nieubłagana. Do tego kilka prywatyzacji, dwie komisje śledcze i będzie równie wesoło jak dzisiaj.