Kilka dni temu węgierski bank centralny obniżył stopy procentowe o 75 pb., co było decyzją nieoczekiwaną. Spodziewano się cięcia, ale na pewno nie aż tak znacznego. Od razu pojawiły się głosy, że może i u nas RPP, ku zaskoczeniu wszystkich, no prawie wszystkich, zacznie obniżać stopy już teraz.
Pierwsza ważna uwaga dotyczy samego banku Węgier, a właściwie całościowej koncepcji walki z inflacją, polityki kursowej itd. W tej chwili sytuację już nieco "wyprostowano", ale zamęt, jaki panował jeszcze kilkanaście miesięcy temu przypominał filmowy obraz tonącego okrętu podwodnego. Wszyscy biegają we wszystkich możliwych kierunkach, woda się leje i w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo, o co chodzi. Jedno tylko jest pewne: toniemy. Gwałtowne podwyższanie i obniżanie stóp procentowych, interwencje walutowe raz na osłabienie raz na umocnienie forinta - to nie mogło uwiarygodniać polityki władz monetarnych. No, ale cóż, jak się jednocześnie prowadzi politykę celu inflacyjnego i kursu walutowego, to trzeba się liczyć z przykrymi niespodziankami.
Wracajmy jednak na nasze podwórko. Parę rzeczy wiemy na pewno. Po pierwsze, projekcje inflacyjne były zdecydowanie zbyt pesymistyczne. O tym wiadomo było już dawno. Dotyczy to szczególnie pierwszej projekcji, w którą w chwili jej opublikowania nie wierzyli nawet niektórzy członkowie Rady. Po drugie, nie zaobserwowaliśmy specjalnie wybujałych tzw. efektów drugiego rzędu, czyli z polskiego na nasze nie doszło do wzrostu inflacji na skutek tego, że wzrosły oczekiwania inflacyjne. Oczekiwania inflacyjne miały wymusić podwyżki płac, co z kolei miało mieć niekorzystny wpływy na inflację. Nic z tych rzeczy. Założenie, że płace wyraźnie wzrosną, było zresztą, delikatnie mówiąc, dość ryzykowne, bo jaką siłą przetargową dysponują np. związki zawodowe przy prawie dwudziestoprocentowym bezrobociu?
To jest już zresztą bez znaczenia. Rada zrobiła to, co zrobiła, pytanie, co zrobi teraz. Wiemy już na pewno, że silnej presji inflacyjnej nie ma. Oczywiście, zawsze istnieje np. ryzyko gwałtownego wzrostu cen ropy na świecie, ale to już zupełnie inna kwestia. Płace rosną mało zdecydowanie, popyt wewnętrzny silny nie jest, dodatkowo ograniczeniu wzrostu cen pomaga mocny złoty. Większość prognoz wskazuje na to, że przy obecnym poziomie stóp pod koniec roku osiągniemy poziom wyraźnie poniżej 3,0% rok/rok, czyli wyraźnie poniżej górnej granicy celu inflacyjnego. Wydaje się więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby rzeczywiście doszło do obniżki, czy też serii obniżek. Tym bardziej że nawet uwzględniając efekt bazy, obecne wyniki gospodarki są gorsze niż jeszcze kilka miesięcy temu. Niższe stopy będę na pewno elementem zachęcającym do inwestycji, a ich wyraźnego wzrostu oczekujemy od dawna, w dodatku zmniejszy się jeden z czynników umacniających złotego, co pomoże eksportowi.
Są jednak przynajmniej dwa poważne problemy. Po pierwsze, Rada musi patrzeć na inflacje nie z perspektywy 2005 roku, ale z perspektywy najbliższych lat. Po drugie, czekają nas wybory i nie jest pewne, co z nich dla finansów publicznych wyniknie.