Jedynie dwukrotnie w historii warszawskiej giełdy (biorąc pod uwagę WIG20) luty przyniósł inwestorom większe zyski niż w tym roku. Było tak w latach 1998 i 2000. Los chciał, że i w jednym i w drugim przypadku szczyt hossy wypadł w marcu, a kolejne miesiące były okresem silnej wyprzedaży akcji. Zasadnicze pytanie nasuwa się samo: czy podobnie będzie i tym razem?
Prawdę powiedziawszy, gdyby nie kurs walutowy, to nie spodziewałbym się zakończenia hossy. Problem jednak w tym (oczywiście to moja subiektywna ocena), że kurs PLN skłania inwestorów zagranicznych bardziej do zamykania podwójnie dochodowych pozycji, aniżeli do ich otwierania. Mam poważne obawy co do kondycji polskiej gospodarki napędzanej w 2004 roku rosnącym eksportem, który w tej chwili staje się (albo jest od dawna) nieopłacalny. Widać to po wynikach wielu firm produkcyjnych, a sam rynek jest bardzo wąski, bo rosną banki
i spółki, których zysk za 2004 rok oscylował w okolicy 1 mld zł (lub wyżej). Kapitał zasilający nasz rynek jest potężny, ale jako cel obrał sobie zaledwie kilka firm, co chyba nie świadczy dobrze o rynku jako całości. Reasumując, pierwotne podstawy wzrostu były jak najbardziej zdrowe; to co teraz "ciągnie" rynek, to już chyba tylko (spóźniona) pokusa załapania się na krociowe zyski.
Wracając do analizy tech-
nicznej to fakt, że indeks WIG20 przełamał 62-proc. zniesienie Fibonacciego i powinien skutkować wzrostem do poziomu około 2500 pkt. Teoria ta dosyć dobrze sprawdza się na polskim rynku