"Historia rynków, w tym choćby hoss i krachów, uczy pokory. Ale pokory powinien uczyć nas każdy dzień. Nie wiemy, co stanie się za lat dziesięć. Nie wiemy, co będzie za rok, od którego zależy koniunktura za owych dziesięć lat. Ba, nie wiemy nawet, co stanie się za sekundę. A to od niej zależy przecież w stu procentach sekunda następna. I cały rok. I owe dziesięć lat... A skoro tak to z tą przyszłością jest, to pozostaje nam przytomna kontrola własnych pozycji (...) i gotowość na każde wydarzenie. Każde inne bowiem zachowanie jest niczym innym jak kupowaniem losu w loterii. A to już nie jest inwestowaniem". Przypominałem o tym pół roku temu, za co, tradycyjnie, usłyszałem uwagi na temat swojego nieuleczalnego konserwatyzmu. Niech więc tak będzie...
Z tym większym komfortowym dystansem obserwuję zachowania niektórych, za to głośnych "dzieci hossy", czyli tych, którzy nigdy wcześniej nie inwestowali (albo już zapomnieli, że to kiedyś robili), a których na parkiet przygnał owczy pęd roku 2004. Zaczynając dopiero wówczas, mieli sporo szans na to, by jedynym ich dotychczasowym doświadczeniem był wzrost kursów i indeksów, zakłócane jedynie chwilowo korektami. Na listach dyskusyjnych i w komentarzach pod rozmaitymi informacjami giełdowymi nowa fala "eksperckich" wypowiedzi. "Dzieci hossy", święcie przekonane o swoim dopiero co odkrytym (dzięki hossie...) geniuszu, nie oszczędzają tych, których opinie kłócą się z jednobiegunowym (ze wskazaniem na północ...) widzeniem świata. Obrywają więc starzy i nudni - z punktu widzenia "nowych" - analitycy i komentatorzy, którzy ośmielają się przypominać o tym, że trend nie jest dany raz na zawsze i przestrzegają przed takimi "niemodnymi" zagrożeniami, jak np. oderwanie wycen od fundamentów, naiwny hurraoptymizm czy niedocenianie możliwych konsekwencji osłabienia dynamiki poprawy wyników spółek ("defektu" bazy). Lud jednak, który przypomniał sobie o giełdzie dzięki hossie, żąda, by wszystko rosło dalej. - Analitycy to głupki. Profesjonalni komentatorzy to kompletne zera. W ogóle wszyscy, którzy nie kupują akcji i nie wierzą w wieczną hossę, to staroświeckie zgredy i szkodniki społeczne - zdają się wręcz krzyczeć niektóre komentarze w sieci. A gdy, ku zdumieniu publiki, na giełdzie spada to zawodzenie na całego. Zresztą, jak zauważył jeden z internatów na popularnej liście, jak spada, to przynajmniej wiadomo, czyja to wina - ano tych, którzy mówią, że wcale nie musi rosnąć. Wykrakali... Jaki ten świat może być prosty, prawda?
Jak mawiał niegdyś jeden z bardziej znanych globalnych inwestorów (bynajmniej nie nieomylny), rynek płaci wysoką cenę za jednomyślność. Ja, oczywiście, życzę serdecznie wszystkim samych sukcesów, a "longom" od urodzenia (niedawnego) - samego trwałego wzrostu. Ale zdecydowanie nie życzę realizacji marzeń niektórych i przesadnej eskalacji euforii, bo ten scenariusz prowadzi potem do bardzo przykrych konsekwencji (vide czkawka 1994-1996 czy ciężka bessa 2000-2003).
Przylepienie się do długoterminowego trendu to dla inwestora sympatyczna sprawa. Nie zmienia to jednak faktu, że sposobem na uniknięcie przykrego rozczarowania jest przytomna kontrola własnych pozycji i gotowość na każde wydarzenie. Inne bowiem zachowanie jest niczym innym jak kupowaniem losu na loterii. A to już nie jest inwestowaniem - powtórzę. Lektura wypowiedzi nowej fali "dzieci hossy" tylko utwierdza mnie w tym moim, być może staroświeckim i niemodnym przekonaniu. Wiem, wiem, nie jestem trendy. "Trendy" jest trend. Dopóki Twój friend...
Autor jest analitykiem rynku kapitałowego. Powyższy tekst stanowi wyraz jego osobistych poglądów i nie może być inaczej interpretowany.