Reklama

No i gdzie ten PKB?

Ten, kto jeździ metrem i odkłada pieniądze na samochód, jest mniej bogaty od tego, który jeździ autem kupionym na kredyt

Publikacja: 04.03.2005 07:28

Wieść gminna oraz GUS--owska głosi, że mamy wzrost gospodarczy. Firmy zarabiają coraz więcej pieniędzy. Polacy zarabiają coraz więcej pieniędzy. Jest coraz lepiej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko nie ta zima, co się skończyć nie może. Ale - być może właśnie z winy zimy - dopadły mnie ostatnio wątpliwości.

Bo w końcu jak to jest z tym bogaceniem? Wydawało mi się bowiem wcześniej, że bogacę się wtedy, gdy np. wydaję na siebie tyle samo, za to więcej zarabiam i więcej mi zostaje. Ewentualnie - gdy zarabiam więcej, wydaję tyle samo i spłacam swoje długi.

Wiem, że to bardzo naiwny pogląd na kwestię bogacenia się. Jeśli w tej chwili księgowi oraz spece od makroekonomii zaczną się śmiać do rozpuku, to trudno. Nie będę się tym przejmował, bo zbierałem siły do tego wyznania czas jakiś. Przyznanie się do naiwności jest równie trudne, jak potwierdzenie, że jest się alkoholikiem lub przeciwnikiem wstąpienia do strefy euro.

Okazuje się bowiem, że wzrost zamożności jest wtedy, gdy więcej się pożycza, aby więcej wydawać. Ten, kto jeździ metrem i odkłada pieniądze na samochód, jest mniej bogaty od tego, który jeździ samochodem kupionym na kredyt. I to mimo faktu, że na spłatę tego kredytu oraz na benzynę zaciąga dodatkowe pożyczki. A przynajmniej jest tak według GUS-u, rządu, ekonomistów i paru ośrodków ekonomicznych. Bo przecież na takich działaniach polega nasz wzrost gospodarczy. I to polega od 15 lat.

Weźmy choćby ostatnie cztery lata. Otóż w tym czasie produkt krajowy brutto zwiększył się - dzięki zmianom cen, inwestycjom, konsumpcji i podatkom - o 140 mld zł. Wynik - wydawałoby się - całkiem przyzwoity. Wychodzi po 35 mld zł średnio na rok. Per capita - co roku o 1 tys. zł więcej do wydania. Ale nie tylko PKB w tym czasie nam rósł. Rosło także zadłużenie państwa. W ciągu tych czterech lat łączny deficyt wyniósł... No, ile? 140 mld zł? Pudło, drodzy Państwo. Było to 150 mld zł. Czyli zafundowaliśmy sobie większe deficyty niż przyrosty bogactwa. Wychodzi na to więc, że nasza gospodarka rozwija się w tempie przyrostu długu - minus prowizja. Czyli bez deficytu nie mielibyśmy wzrostu PKB.

Reklama
Reklama

Poza tym - ile tak naprawdę mamy tego produktu? Według wstępnych danych GUS, PKB w 2004 roku wyniósł 880 mld zł. Według jeszcze bardziej wstępnych, bo szacunkowych danych, dług publiczny na koniec roku ubiegłego wynosił nieco ponad 50% PKB. Czyli - gdyby nasi drodzy wierzyciele poprosili nas jednego dnia o zwrot pieniążków, oddalibyśmy im połowę z tych 880 mld zł. Czyli faktycznie tego bogactwa rosnącego do podziału jest 440 mld zł. Na pozostałych dobrach mamy bowiem naklejkę "wypożyczone".

Ktoś powie, że nie ma się czym przejmować, bo przecież nie zdarzy się tak, że będziemy musieli naraz wszystko oddać. Zgadza się, ale musimy przecież oddawać co roku odsetki. A jest ich z roku na rok coraz więcej. Może dlatego właśnie - nawet w tych okresach, gdy PKB rośnie szybciej od zadłużenia - jakoś nie widać tego oszałamiającego tempa rozwoju gospodarki na ulicach. Coraz więcej bowiem trzeba oddawać wierzycielom.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama