Wieść gminna oraz GUS--owska głosi, że mamy wzrost gospodarczy. Firmy zarabiają coraz więcej pieniędzy. Polacy zarabiają coraz więcej pieniędzy. Jest coraz lepiej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko nie ta zima, co się skończyć nie może. Ale - być może właśnie z winy zimy - dopadły mnie ostatnio wątpliwości.
Bo w końcu jak to jest z tym bogaceniem? Wydawało mi się bowiem wcześniej, że bogacę się wtedy, gdy np. wydaję na siebie tyle samo, za to więcej zarabiam i więcej mi zostaje. Ewentualnie - gdy zarabiam więcej, wydaję tyle samo i spłacam swoje długi.
Wiem, że to bardzo naiwny pogląd na kwestię bogacenia się. Jeśli w tej chwili księgowi oraz spece od makroekonomii zaczną się śmiać do rozpuku, to trudno. Nie będę się tym przejmował, bo zbierałem siły do tego wyznania czas jakiś. Przyznanie się do naiwności jest równie trudne, jak potwierdzenie, że jest się alkoholikiem lub przeciwnikiem wstąpienia do strefy euro.
Okazuje się bowiem, że wzrost zamożności jest wtedy, gdy więcej się pożycza, aby więcej wydawać. Ten, kto jeździ metrem i odkłada pieniądze na samochód, jest mniej bogaty od tego, który jeździ samochodem kupionym na kredyt. I to mimo faktu, że na spłatę tego kredytu oraz na benzynę zaciąga dodatkowe pożyczki. A przynajmniej jest tak według GUS-u, rządu, ekonomistów i paru ośrodków ekonomicznych. Bo przecież na takich działaniach polega nasz wzrost gospodarczy. I to polega od 15 lat.
Weźmy choćby ostatnie cztery lata. Otóż w tym czasie produkt krajowy brutto zwiększył się - dzięki zmianom cen, inwestycjom, konsumpcji i podatkom - o 140 mld zł. Wynik - wydawałoby się - całkiem przyzwoity. Wychodzi po 35 mld zł średnio na rok. Per capita - co roku o 1 tys. zł więcej do wydania. Ale nie tylko PKB w tym czasie nam rósł. Rosło także zadłużenie państwa. W ciągu tych czterech lat łączny deficyt wyniósł... No, ile? 140 mld zł? Pudło, drodzy Państwo. Było to 150 mld zł. Czyli zafundowaliśmy sobie większe deficyty niż przyrosty bogactwa. Wychodzi na to więc, że nasza gospodarka rozwija się w tempie przyrostu długu - minus prowizja. Czyli bez deficytu nie mielibyśmy wzrostu PKB.