Wczorajsza sesja pozostawiła niemiłe wrażenie. Zamiast kontynuacji środowego wzrostu, mieliśmy spadek WIG20 o 1,3%. Dostaliśmy też dowód, że giełda w Warszawie (i szerzej rynki wschodzące) to nie jest twór istniejący w próżni. Na tym etapie trendu wzrostowego (kiedy jest on już dojrzały i gotowy do odwrócenia) ignorowanie negatywnych wydarzeń na rynkach zagranicznych nie trwa zbyt długo. GPW była w stanie wytrzymać przecenę na światowych rynkach w środę, ale czwartkowy spadek to było już zbyt wiele.
Z technicznego punktu widzenia czwartkowa sesja nie była zbyt destrukcyjna. Owszem, potwierdziła taką możliwość, że ostatnie odbicie to tylko ruch powrotny do przebitej w zeszłym tygodniu krótkoterminowej linii trendu wzrostowego. Wiadomo jednak - do zmiany tendencji i znacznego pogorszenia sytuacji posiadaczy akcji jest jeszcze daleko. Trzeba do tego spadku poniżej wsparcia na 2015 pkt (dołek z 2 marca).
Trudno także mówić o jakimś przełomie na wykresach największych spółek. Tutaj też raczej mamy do czynienia z sygnałami ostrzegawczymi, niż z jakąś istotną zmianą trendu. Owszem, PKN znów został zatrzymany w okolicach 48 zł, a PKO na 28,5 zł, ale długo- i średnioterminowe trendy wciąż są korzystne dla posiadaczy akcji. Powód do przemyśleń dostali właściwie tylko akcjonariusze Kęt, których kurs zanotował najniższą wartość od sześciu tygodni. Akcje tej spółki mają jednak tylko 2-proc. udział w indeksie.
Nie ulega jednak wątpliwości, że na barkach (czytaj: wykresach) największych firm, spoczywa coraz większa odpowiedzialność. Średnie spółki od kwietnia zeszłego roku znajdują się w trendzie bocznym, teraz na granicy bessy znalazły się najmniejsze przedsiębiorstwa. Na 23 ostatniej sesji WIRR zanotował 18 spadków. Indeks jest o krok od zbudowania 5-miesięcznej formacji podwójnego szczytu. W razie wybicia poniżej 4500 pkt, presja na posiadaczy akcji największych firm jeszcze się zwiększy. Nie jestem wcale pewien, czy presję tę zniosą po męsku.