W Europie wizerunkowi firmy zaszkodzili przede wszystkim londyńscy traderzy z rynku obligacji skarbowych, którzy - jak wynika z ujawnionej kilka tygodni temu przez "Financial Times" ich wewnętrznej notatki - realizując opiewające na miliardy euro transakcje chcieli wyeliminować z rynku mniejszych konkurentów. W ten sposób europejski rynek rządowych papierów dłużnych miał się upodobnić do amerykańskiego, na którym liczy się tylko kilku dużych graczy i na którym handel przynosi większe zyski. Plan, zapoczątkowany 2 sierpnia ub.r., wypalił jednak tylko częściowo, bo już po pierwszych gigantycznych transakcjach (przeprowadzone w kilka minut operacje sprzedaży odpowiadały prawie połowie średnich dziennych obrotów na obligacyjnym rynku MTS; po półgodzinie bank odkupił papiery) sprawą zajęły się urzędy regulacyjne m.in. z Niemiec, Włoch i Wielkiej Brytanii. Niemiecki BaFin w styczniu uznał, że doszło do manipulacji i zawiadomił prokuraturę. W innych krajach śledztwo organów nadzorczych jeszcze się toczy.
Azjatycki wątek afer Citigroup dotyczy Japonii, gdzie we wrześniu - po ostrzeżeniach wystosowanych w poprzednich latach - władze regulacyjne nakazały natychmiast zamknąć tokijski oddział private bankingu (obsługujący najzamożniejszych klientów). Władze uznały, że jego pracownicy nie respektowali japońskiego prawa, zapominając np. o sprawdzaniu, czy konta klientów nie są przypadkiem wykorzystywane do prania brudnych pieniędzy, a zarząd oddziału zwodził pojawiających się kontrolerów. W odzyskaniu licencji dla tokijskiej jednostki nie pomogła nawet osobista interwencja prezesa Prince?a, który na konferencji prasowej w Tokio w przepraszającym ukłonie stał przez siedem pełnych sekund.
Alfabet afer Citigroup za jakiś czas może się wydłużyć. Chodzi o rolę, jaką bank odegrał w upadku włoskiego koncernu spożywczego Parmalat. Na razie wiadomo tylko, że Citigroup jest zagrożona wypłatą aż 10 mld USD odszkodowania - bo takiej właśnie kwoty dochodzi dla włoskiej spółki zarządzający nią obecnie Enrico Bondi. Jego zdaniem, bank z USA przyczynił się do kłopotów Parmalatu, ponieważ uczestniczył w defraudacji, która pomogła prezesom wyprowadzić z firmy grubą gotówkę. Pod koniec lutego sąd w Bergen w stanie New Jersey, w którym Bondi złożył pozew, zdecydował, że sprawa podlega jego jurysdykcji i będzie ją rozpatrywał. Na werdykt trzeba jeByć jak Weill
Skandale, które wstrząsnęły Citigroup, nie tylko mocno nadszarpnęły reputację firmy, ale zaszkodziły też jej wynikom. Z powodu tworzenia rezerw na kary w zeszłym roku bankowy gigant - po raz pierwszy odkąd działa w takiej formie jak teraz (czyli po przejęciu Citicorp przez Travelers w 1998 r. i połączeniu obu spółek) - zanotował spadek zysku - o 5%, do 17 mld USD.
Firma spod znaku czerwonego parasola przestała być pupilkiem inwestorów. Za rządów Prince?a kurs Citigroup wzrósł o około 2%, podczas gdy akcje innych dużych firm finansowych z USA zyskały w tym samym czasie średnio 14%. Prezes Prince na pewno nie czuł się komfortowo, stojąc w listopadzie w sali balowej hotelu St. Regis w Nowym Jorku przed tłumem ponad pół tysiąca zarządzających największymi amerykańskimi funduszami i ogłaszając: Zdecydowanie wierzę, że w długim terminie nasze oddziały mogą wykazywać dwucyfrową dynamikę wzrostu zysków. Ale oczywiście - i jest to bardzo istotne - nie będzie tak w każdym kwartale czy nawet w każdym roku.
Mimo zeszłorocznego obsunięcia, prezes Prince - pechowiec, bo to akurat za jego rządów na Citigroup spadł niespotykany od czasów Wielkiego Krachu grad skandali - chce podtrzymać tradycję i wzorem swojego wielkiego poprzednika Sanforda Weilla (obecnie pełni funkcję przewodniczącego rady nadzorczej) zwiększać zysk o co najmniej 10% rocznie. Taktykę obrał jednak zupełnie odmienną od poprzedniego prezesa (któremu notabene doradzał przez 16 lat), stawiając na wzrost organiczny, zamiast na ekspansję przez spektakularne przejęcia. Nowa strategia, obok inwestowania w rozwój perspektywicznych gałęzi, oznacza jednak także odchudzanie grupy z niepotrzebnych składników. W pierwszej znaczącej transakcji "na odstrzał" poszedł oddział ubezpieczeń na życie Travelers Life & Annuity, który za 11,5 mld USD został w styczniu tego roku sprzedany grupie Metlife.