Reklama

Citigroup walczy o reputację

Afera za aferą - choć trudno w to uwierzyć, tak właśnie można opisać działalność największej korporacji finansowej na świecie w ostatnich dwóch-trzech latach. Citigroup cel ma więc jasny: odzyskać reputację i poprawić nadszarpnięte aferami wyniki finansowe.

Publikacja: 12.03.2005 07:23

Kiedy Charles Prince obejmował w październiku 2003 r. stanowisko prezesa Citigroup, zapewne nie spodziewał się, że niespełna półtora roku później będzie musiał przypominać podwładnym, co to jest etyka i jak ważna jest w biznesie.

Miliardowe kary

Kłopoty Citigroup, drugiej pod względem przychodów firmy świata, "rozprzestrzeniły się" ostatnio tak, jak w przeszłości rozrastała się sama korporacja. Te największe dotyczą aż trzech kontynentów - od Ameryki, przez Europę, aż po Azję. Nieetyczne posunięcia pracowników w ciągu minionych dwóch lat kosztowały firmę ponad 5,5 mld USD zapłaconych w postaci kar. Prawdopodobnie kwota ta się zwiększy, bo nie wszystkie sprawy zostały już zakończone.

Do tych już "załatwionych" należy m.in. afera z tendencyjnymi raportami wydawanymi przez analityków z Wall Street, pomagającymi pozyskiwać klientów działowi usług bankowości inwestycyjnej. Zawarcie ugody z nowojorską prokuraturą kosztowało Citigroup i trzy inne banki łącznie aż 1,4 mld USD. Firmową kasę mocno obciążył też proces dotyczący spektakularnego bankructwa telekomunikacyjnego potentata - WorldComu. Zdaniem dochodzących odszkodowań inwestorów, Citigroup pomagała telekomowi w preparowaniu raportów finansowych i ukrywaniu strat. Na zawarcie ugody poszło 2,65 mld USD. W Stanach Zjednoczonych Citigroup musiała tłumaczyć się (i płacić, żeby uniknąć ciągania po sądach) jeszcze m.in. z postępowania swoich pracowników w oddziałach CitiFinancial. Nakłaniali oni klientów na dodatkowe, zupełnie im niepotrzebne, polisy ubezpieczeniowe, byle tylko zwiększyć zyski korporacji.

M jak MTS, P jak Parmalat...

Reklama
Reklama

W Europie wizerunkowi firmy zaszkodzili przede wszystkim londyńscy traderzy z rynku obligacji skarbowych, którzy - jak wynika z ujawnionej kilka tygodni temu przez "Financial Times" ich wewnętrznej notatki - realizując opiewające na miliardy euro transakcje chcieli wyeliminować z rynku mniejszych konkurentów. W ten sposób europejski rynek rządowych papierów dłużnych miał się upodobnić do amerykańskiego, na którym liczy się tylko kilku dużych graczy i na którym handel przynosi większe zyski. Plan, zapoczątkowany 2 sierpnia ub.r., wypalił jednak tylko częściowo, bo już po pierwszych gigantycznych transakcjach (przeprowadzone w kilka minut operacje sprzedaży odpowiadały prawie połowie średnich dziennych obrotów na obligacyjnym rynku MTS; po półgodzinie bank odkupił papiery) sprawą zajęły się urzędy regulacyjne m.in. z Niemiec, Włoch i Wielkiej Brytanii. Niemiecki BaFin w styczniu uznał, że doszło do manipulacji i zawiadomił prokuraturę. W innych krajach śledztwo organów nadzorczych jeszcze się toczy.

Azjatycki wątek afer Citigroup dotyczy Japonii, gdzie we wrześniu - po ostrzeżeniach wystosowanych w poprzednich latach - władze regulacyjne nakazały natychmiast zamknąć tokijski oddział private bankingu (obsługujący najzamożniejszych klientów). Władze uznały, że jego pracownicy nie respektowali japońskiego prawa, zapominając np. o sprawdzaniu, czy konta klientów nie są przypadkiem wykorzystywane do prania brudnych pieniędzy, a zarząd oddziału zwodził pojawiających się kontrolerów. W odzyskaniu licencji dla tokijskiej jednostki nie pomogła nawet osobista interwencja prezesa Prince?a, który na konferencji prasowej w Tokio w przepraszającym ukłonie stał przez siedem pełnych sekund.

Alfabet afer Citigroup za jakiś czas może się wydłużyć. Chodzi o rolę, jaką bank odegrał w upadku włoskiego koncernu spożywczego Parmalat. Na razie wiadomo tylko, że Citigroup jest zagrożona wypłatą aż 10 mld USD odszkodowania - bo takiej właśnie kwoty dochodzi dla włoskiej spółki zarządzający nią obecnie Enrico Bondi. Jego zdaniem, bank z USA przyczynił się do kłopotów Parmalatu, ponieważ uczestniczył w defraudacji, która pomogła prezesom wyprowadzić z firmy grubą gotówkę. Pod koniec lutego sąd w Bergen w stanie New Jersey, w którym Bondi złożył pozew, zdecydował, że sprawa podlega jego jurysdykcji i będzie ją rozpatrywał. Na werdykt trzeba jeByć jak Weill

Skandale, które wstrząsnęły Citigroup, nie tylko mocno nadszarpnęły reputację firmy, ale zaszkodziły też jej wynikom. Z powodu tworzenia rezerw na kary w zeszłym roku bankowy gigant - po raz pierwszy odkąd działa w takiej formie jak teraz (czyli po przejęciu Citicorp przez Travelers w 1998 r. i połączeniu obu spółek) - zanotował spadek zysku - o 5%, do 17 mld USD.

Firma spod znaku czerwonego parasola przestała być pupilkiem inwestorów. Za rządów Prince?a kurs Citigroup wzrósł o około 2%, podczas gdy akcje innych dużych firm finansowych z USA zyskały w tym samym czasie średnio 14%. Prezes Prince na pewno nie czuł się komfortowo, stojąc w listopadzie w sali balowej hotelu St. Regis w Nowym Jorku przed tłumem ponad pół tysiąca zarządzających największymi amerykańskimi funduszami i ogłaszając: Zdecydowanie wierzę, że w długim terminie nasze oddziały mogą wykazywać dwucyfrową dynamikę wzrostu zysków. Ale oczywiście - i jest to bardzo istotne - nie będzie tak w każdym kwartale czy nawet w każdym roku.

Mimo zeszłorocznego obsunięcia, prezes Prince - pechowiec, bo to akurat za jego rządów na Citigroup spadł niespotykany od czasów Wielkiego Krachu grad skandali - chce podtrzymać tradycję i wzorem swojego wielkiego poprzednika Sanforda Weilla (obecnie pełni funkcję przewodniczącego rady nadzorczej) zwiększać zysk o co najmniej 10% rocznie. Taktykę obrał jednak zupełnie odmienną od poprzedniego prezesa (któremu notabene doradzał przez 16 lat), stawiając na wzrost organiczny, zamiast na ekspansję przez spektakularne przejęcia. Nowa strategia, obok inwestowania w rozwój perspektywicznych gałęzi, oznacza jednak także odchudzanie grupy z niepotrzebnych składników. W pierwszej znaczącej transakcji "na odstrzał" poszedł oddział ubezpieczeń na życie Travelers Life & Annuity, który za 11,5 mld USD został w styczniu tego roku sprzedany grupie Metlife.

Reklama
Reklama

Choć dla wielu analityków zmiana podejścia do zarządzania kolosem jest porównywalna z trzęsieniem ziemi, próbują ją uzasadniać ogólną tendencją w branży finansów.

Supermarket się kończy?

Ich zdaniem, posunięcia firm - takie jak np. ogłoszony przez American Express zamiar odłączenia oddziału maklerskiego - zwiastują koniec ery finansowych supermarketów. Citigroup było (i nadal jest) sztandarowym przykładem takiego supermarketu. Jest jednym z liderów m.in. w bankowości inwestycyjnej, korporacyjnej, detalicznej czy zarządzaniu aktywami.

Warto odnotować, że działaniom Prince?a przyklasnął saudyjski książę Alwaleed bin Talal, który z akcjami o wartości 13 mld USD jest największym akcjonariuszem Citigroup. - Osiągnięcie zwrotu na kapitale w wysokości 20% (a do tego zmierza Prince - red.) przez firmę o rozmiarach Citigroup to coś nadzwyczajnego - mówił niedawno Saudyjczyk. - Każda jednostka Citigroup, która ma zwrot na kapitale poniżej tej wartości, staje się kandydatem do sprzedania i jest to strategia, którą podziwiam i szanuję - zadeklarował.

Prezes Chuck Prince wie jednak - co sam zresztą podkreśla - że strategię operacyjną, nawet najdoskonalszą, będzie można odłożyć na półkę, jeśli korporacja nie otrząśnie się z afer i nie odzyska zaufania klientów. A o to może być trudno. Wystarczy wspomnieć, że skandal z obligacjami w Europie sprawił, iż w ciągu półrocza po feralnych transakcjach jedynie Finlandia powierzyła Citigroup obsługę emisji niewielkiej transzy rządowych papierów. Inne kraje wybierały konkurentów, mimo że amerykańska korporacja przez długi czas przewodziła w Europie pod względem wartości obsługiwanych emisji.

Pięć punktów i seanse

Reklama
Reklama

Receptą na kłopoty Citigroup w Japonii ma stać się wynajęty właśnie były amerykański ambasador w tym kraju (był nim do lutego) Howard Baker, który będzie doradzał korporacji w zakresie działań na scenie międzynarodowej. Prawdopodobnie największe nadzieje zarząd Citigroup pokłada jednak w programie "pięciu punktów", który ma prowadzić do podniesienia standardów etycznych wśród liczącej niemaPracowników etyki nauczał będzie sam prezes Prince, który każdą drugą połowę roku ma spędzić "w trasie", objeżdżając oddziały Citigroup na całym świecie (być może zawita też do Polski, gdzie Amerykanie są inwestorem strategicznym w Banku Handlowym). Co dwa miesiące będzie też rozmawiał z członkami top menedżmentu na temat ich inicjatyw. Organizowane będą również doroczne spotkania z udziałem prezesów oddziałów Citigroup ze wszystkich stu kilkunastu państw, w których amerykańska firma jest obecna. Elementem programu, który w pełni wdrożony zostanie jednak dopiero za kilkanaście miesięcy, jest też nałożony na menedżerów zakaz sprzedawania przez pewien czas akcji firmy przyznawanych im jako dodatek motywacyjny.

Na wyobraźnię pracowników Citigroup ma także podziałać wyświetlane już teraz 31-minutowe dzieło filmowe o dość lakonicznym tytule "Historia Citigroup", w którym pod płaszczykiem przypominania dziejów nowojorskiej korporacji (począwszy od finansowania budowy kolei i Kanału Panamskiego, aż po wprowadzanie bankomatów), autorzy przemycili też lekcję etyki. - Firma nauczyła nas, że ryzyko etyczne jest dokładnie tak samo ważne, jak ryzyko kredytowe czy rynkowe - mówi na przykład w filmie Sanford Weill.

Obraz kończy sekwencja z udziałem pracowników, na czele z prezesem Princem, którzy jak mantrę powtarzają jeden z ulubionych sloganów przełożonego: Chcemy być najbardziej szanowaną instytucją finansową na świecie. Jestem dumny, że pracuję w Citigroup.

Jak zapewniała niedawno Shannon Bell, rzecznik prasowy Citigroup, produkcji sequela korporacja nie planuje. Pierwowzoru, tak jak i samych afer, jednak też pewnie nie przewidywała.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama