Czas to rzecz niezwykła - o ile to można nazwać rzeczą. Nie widać go, a czuć. Wydawałoby się, że jego siłą napędową jest rozkręcająca się sprężyna w zegarku, ale mocy tego ścinka stali podlegają najwięksi z wielkich.
O ile czas sam w sobie jest zagadką dla wielu, to czas w ujęciu ekonomistów bywa problemem dla najtęższych fizyków i filozofów. A właściwie nie czas, bo przecież ekonomiści czasu nie mają, ale perspektywa.
Prezydencki doradca ekonomiczny Witold Orłowski mówi, że brak reform w krótkiej perspektywie nikomu nie wadzi, za to w długiej, to rany julek albo i gorzej.
No, ale kiedy perspektywa jest krótka, a kiedy długa? Czy np. 5 lat to długo, czy też może za długo? Może lepszy od systemu prezydenckiego byłby parlament - czyli perspektywa długa to 4 lata. No, ale czas przecież płynie. To, co dwa lata temu było za cztery lata, teraz jest już tylko za dwa lata. Czy perspektywa również płynie? Czy ma tendencje do skracania się? Czy też jest to coś na kształt horyzontu - im szybciej się doń biegnie, tym szybciej się oddala.
Mnie, wbrew tzw. zdrowemu rozsądkowi, zaczyna się wydawać, że długa perspektywa pozostaje długa bez względu na upływ czasu. Ot, np. w krótkiej perspektywie nasze usługi miały stracić, ale w długiej zyskać na wejściu do Unii Europejskiej. Tymczasem już w tej Unii jesteśmy parę miesięcy, perspektywa powinna się więc uśredniać, a otwarcia rynków zachodnich dla naszych usługodawców nie widać. Albo, jakiś czas temu była mowa, że w krótkiej perspektywie możliwe są naruszenia postanowień traktatu z Maastricht, m.in. o wielkości deficytu budżetowego, ale w długim terminie nadmierne deficyty trzeba ograniczać. Te deficyty we Francji i Niemczech są już od kilku lat zbyt duże, tymczasem rezultatów nadal nie widać, jakby perspektywa nadal była krótka. Ponieważ do tego zacnego grona dołączyła Polska i parę innych krajów, obawiam się, że perspektywa nadal pozostanie krótka, mimo długiego terminu.