Niedawno odbyło się spotkanie władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej z premierem Markiem Belką. Przedmiotem dyskusji były m.in. plany polityczne premiera, który niedawno zapowiedział, że 5 maja uzna misję swojego rządu za wypełnioną, sugerując tym samym, że tego dnia poda się do dymisji. Strony nie osiągnęły porozumienia - premier podtrzymał bowiem majową datę dymisji jego rządu, a Sojusz nie przychylił się do pomysłu wcześniejszych wyborów parlamentarnych.
Zakładając, że premier nie poda się do dymisji wcześniej, popieranie przez niego pomysłu wcześniejszych wyborów parlamentarnych można traktować jedynie jako grę czysto medialną. W istocie bowiem jego dymisja 5 maja oznacza, że praktycznych szans na wybory przed wakacjami nie ma.
Posiedzenia Sejmu odbywają się 5-6 oraz 18-19 maja. Jeśliby nawet prezydent wykorzystał swój ruch efektywnie i powołał premiera 5 lub 6 maja, który nie uzyskałby tego samego dnia akceptacji Sejmu - to kolejny ruch należy do parlamentu, czyli SLD. Kolejne głosowanie nad kandydatem na premiera zaproponowanym przez SLD mogłoby się odbyć najwcześniej 18 maja, o ile nie zarządzono by nadzwyczajnego zgromadzenia Sejmu (co jednak wydaje się mało prawdopodobne). Ostatni ruch należący do prezydenta (powołanie kolejnego premiera) miałby wówczas miejsce 18 lub 19 maja. W tym scenariuszu za-brakłoby jednak czasu, aby wybory odbyły się przed wakacjami.
Zgodnie z konstytucją, na przeprowadzenie wyborów byłoby w tej sytuacji 45 dni, jednak, zdaniem ekspertów Państwowej Komisji Wyborczej, minimalny termin potrzebny na przeprowadzenie wyborów zgodnie z ordynacją wyborczą, to około 40 dni. W tym napiętym scenariu-szu niezwykle trudne byłoby przeprowadzenie wyborów 26 czerwca, czyli już po rozpoczęciu wakacji zaczynających się 24 tegoż miesiąca.
Perspektywy wcześniejszych wyborów wyglądają zupełnie nierealistycznie, gdy założymy, że prezydent przyjmie dymisję premiera po zakończeniu warszawskiego szczytu Rady Europy, tj. najwcześniej 17 maja wieczorem. Wówczas na posiedzeniu Sejmu 18 maja prezydent mógłby dokonać kolejnego ruchu, czyli powołać premiera, który tego samego dnia nie uzyskałby wotum zaufania. Dopiero 2 czerwca mogłoby się odbyć głosowanie nad kandydatem Sejmu, a 3 czerwca nad kandydatem prezydenta. Do zorganizowania wyborów praktycznie potrzeba co najmniej 40 dni - więc wówczas wypadłyby one 12 lipca.