Reklama

Ciąg dalszy nastąpi

Jeśli zaczepi Cię kiedyś Czytelniku jakiś facet, który pokaże Ci kilka scenariuszy rozwoju sytuacji, zasypie wyliczeniami i będzie ostrzegał przed nadciągającą katastrofą, nie obawiaj się. To reformator finansów publicznych. Typ nie bardzo groźny i kompletnie nieskuteczny. Wystarczy chwilę poczekać, a zaraz wyjedzie za granicę. Niestety, na jego miejsce przyjdą następni.

Publikacja: 25.03.2005 07:36

Są dwie teorie wyjaśniające konieczność reformowania finansów publicznych. Jedna mówi, że z naprawą budżetu państwa jest jak z perpetuum mobile - zawsze jakieś grono szaleńców będzie szukać czegoś, czego się zrobić nie da. I druga, która głosi, że urzędnicy ministerialni starając się uzasadnić swoje istnienie, wymyślają strategie, bo wiedzą, że nie wejdą w życie, więc ich pracy nie da się zweryfikować.

Komu odbiła palma

pierwszeństwa?

Pierwszy był Leszek Balcerowicz. Skoro reformował wszystko, musiał i zreformować finanse publiczne. Ponieważ jednak miał sporo do zrobienia, konstrukcję budżetu potraktował po macoszemu. I pewnie po dziś dzień gryzie się strasznie, że w latach 1989-1991 choć raz nie przygotował budżetu zrównoważonego.

Jednak na pomysł, by reformować strategicznie, pierwszy wpadł Grzegorz W. Kołodko. I to już w roku 1994. To jemu pierwszemu się nie udało.

Reklama
Reklama

"Strategia dla Polski", poszerzona później bodajże w książce "Strategia Polska 2000", miała wszystko, co rasowy program naprawy wydatków publicznych mieć powinien. Zakładała ograniczenie tempa wzrostu wydatków budżetowych, obniżenie udziału transferów socjalnych i szybki wzrost gospodarczy (rzędu 5%). Problem polega na tym, że za wiele nie wiadomo na temat strategii pana Kołodki z braku dostępnych publikacji. Plotka głosi, że Michael Jackson tak się zachwycił książką ministra finansów, którą dostał na schodach Pałacu Prezydenckiego, że wykupił cały jej nakład.

Wszyscy chcą

bardzo dobrze

Trzeba jednak zwrócić uwagę na parę drobiazgów, które najwybitniejszy ekonomista po tej stronie Górki Szczęśliwickiej zawarł w swojej strategii. Przede wszystkim tezę, że wydatków socjalnych w naszym budżecie jest za dużo. Po nim każdy reformator finansów publicznych już chciał - i nadal chce - odbierać biednym i dawać bogatym. Bo w końcu biedni chcą jeść, a bogaci jeździć autostradami. Inny pomysł, mówiący, że budżet jest za duży, niewielu się podobał. Bo w końcu każdy poseł wie, że budżet jest za mały - w innym wypadku można by dawać zasiłki, zapomogi, renty i dotacje na lewo i prawo. Zwłaszcza na lewo.

Dlaczego jednak tak wielu, mimo wszystko, popierało owe okrutne plany cięć i ograniczania budżetu? Bo G.W. Kołodko napisał, że jak się zetnie i ograniczy, to będzie dobrze - czyli wzrost wyniesie ponad 5% PKB. A bez reformy będzie bida z nędzą, czyli zero wzrostu. Oficjalnie wszyscy wybierali więc wzrost.

Balcerowicz powtarza

Reklama
Reklama

Po Kołodce była przerwa, jako że Marek Belka, kolejny minister finansów, jeszcze nie miał ochoty zaczynać z reformami. Ale przyszły wybory, po wyborach przyszedł Leszek Balcerowicz - i się zaczęło na nowo.

O tym, że nowy minister finansów pichci coś mocnego, w roku 1998 informowali wszyscy. Pojawiały się przecieki, że to będzie coś na miarę Nowego Planu Balcerowicza. Tuż przed ogłoszeniem tego programu "Gazeta Wyborcza" informowała, że Leszek Balcerowicz ma pomysł: i na wiekopomne zmiany w budżecie, i na podatki. Miało być 18% dla wszystkich. Kiedy jednak minister wyszedł do ludzi, powiedział: będzie 20%.

W tym momencie cała sprawa była już przegrana. Bo jak zwykły poseł może powiedzieć zwykłemu (czyli płacącemu najniższą stawkę) wyborcy: obniżymy wam podatki, zamiast 19% zapłacicie 20%? Dzięki tej zagrywce problem podatków liniowych na parę lat zniknął z wokandy.

Leszek Balcerowicz miał też swoją strategię. Zaczynało się to trzema wariantami rozwoju. Pierwszy - beznadziejny, drugi nieco lepszy i trzeci - super. Wzrost gospodarczy miał sięgać chyba nawet 7%. Na dodatek powstały dwie wersje tejże strategii - jedna, na trzy czy cztery lata, i druga - do 2010 r. Ależ miało być pięknie! Wszystko było zapisane - jak obniżać wydatki socjalne, jak likwidować ulgi, jak zwiększać inwestycje.

Rząd premiera Buzka pierwszą wersję przełknął - oficjalnie miała być podstawą do konstrukcji budżetu na 1999 rok. Drugiej - już nie zdzierżył. Strategia się skończyła, a zaraz poteKolejny pan B.

Ale budżet posypał się na głowę dopiero kolejnemu ministrowi finansów. Jarosław Bauc, mąż dużego ducha, ale mizernej postury, nie ugiął się. Najpierw przedstawił dziurę, potem - sposoby jej załatania, na koniec złożył dymisję.

Reklama
Reklama

Przyczyną dziury była prywatyzacja w 2000 r. i wybory. Prywatyzacja - bo sztucznie powiększała dochody, a wybory - bo powiększały wydatki. Prywatyzacji zabrakło, a wyborów - nie. W rezultacie okazało się, że jak pozbierać do kupy wszystkie uchwalone i uchwalane ustawy, to wydatki planowane na 2002 r. będą większe od dochodów o prawie 90 mld zł. I to po roku, w którym trzeba było ściąć wydatki o kilkanaście miliardów złotych, bo nie było ani wzrostu gospodarczego, ani prywatyzacji.

Bauc przygotował listę ustaw do wycofania, zawetowania i opóźnienia i na dodatek zaproponował dalsze cięcia. I tu należy mu się szacunek - niby beznadziejna sytuacja, budżet się wali, zagląda w oczy widmo Trybunału Stanu - a Bauc wspaniale odnajduje się w przygotowanych przez poprzedników ramach. Były bowiem dwa scenariusze - ostrzegawczy i pożądany czy jakoś tak (motyw z Balcerowicza), i koncentracja na cięciu wydatków socjalnych (wariacja z Kołodki).

Bo przecież reformowanie finansów publicznych ma w sobie coś z sonetu - chodzi o to, aby błysnąć, wkładając nową treść w starą formę.

Powrót Belki

Marek Belka do steru finansów publicznych powrócił w 2001 r. Najpierw znowelizował raz jeszcze budżet na tamten rok, a potem poprawił projekt ustawy na 2002 r.

Reklama
Reklama

Z tą poprawką wiąże się bardzo ciekawa historia. Nie tak dawno, wspominając dawne dobre dzieje, premier Marek Belka opowiadał, jak to w 2001 r. minister finansów Marek Belka dostał projekt budżetu z deficytem oficjalnym w wysokości 40 mld zł i nieoficjalnym - około 60 mld zł. I stał się cud, istne rozmnożenie chleba au rebours - ten minister finansów obniżył deficyt do 40 mld zł.

20 mld zł deficytu znikło. Jeśli można ot tak wyciąć tyle szmalu i nikt nie zauważy braku, to po paru latach mielibyśmy w końcu budżet na zero. Wystarczy, by którykolwiek minister nie puścił pary z gęby w Sejmie. Tymczasem chodzi i w kółko o tym gada. Widać chce, by nie wyszło.

Oczywiście, były trzy scenariusze, jeden nie do zaakceptowania, drugi - gdzie wzrost gospodarczy sięgał maksymalnie 3%, no i trzeci, według którego można było zrobić 5% PKB rocznie. Ale najważniejsza była jednak kotwica - czyli ograniczenie wzrostu wydatków do poziomu inflacji plus jeden punkt procentowy. Podczas przywoływanego tutaj już wspominania Belka powiedział, że sama kotwica doprowadziłaby do nadwyżki budżetowej na koniec tej dekady na poziomie prawie 5% PKB. No pewnie. Jakby to było takie proste, toby każdy głupi dał sobie z tym radę.

A Marek Belka, wszak niegłupi, rady sobie nie dał. Zamiast się kopać z koniem, pojechał do Iraku. I zabrał kotwicę ze sobą.

Pierwszy pojawia się

Reklama
Reklama

i znika

Miejsce Belki zajął Kołodko, co jest dowodem na istnienie symetrii w naturze. I zabłysnął wieloma rzeczami. Na początku fryzurą, potem milczeniem, w trakcie którego złoty pikował na pysk, a potem - kolejnym programem, który uzasadniał, krajając wielki bochen chleba. Były - a jakże - trzy scenariusze wzrostu gospodarczego, cztery warianty zmian w podatkach i rezerwa rewaluacyjna. Dzięki temu minister Kołodko został ulubieńcem Samoobrony - jak nikt inny zrozumiał potrzebę znajdywania dodatkowych źródeł dochodów. Otóż "rewaluacja" ta to różnica między wartością bieżącą walut tworzących rezerwy walutowe kraju a ceną ich zakupu. Wystarczy sprzedać i odkupić i zainkasować różnicę. W chwili gdy Kołodko tę rezerwę wyciągnął, była warta ok. 30 mld zł. Biorąc pod uwagę naturalne procesy - inflację, aprecjację i wietrzenie skał, jest szansa, że osiągnie wartość 400 bilionów, nim Samoobrona dojdzie do władzy. Wtedy tę kasę wypłaci i zrobi nam naprawdę dobrze.

Około roku później - w połowie 2003 r. - Grzegorz Kołodko też został wykopany z rząTeraz gospodarka

Andrzej Raczko, kolejny minister, był dziwnym szefem resortu finansów. Otóż nie chciał reformować finansów publicznych. Co prawda, miał na głowie VAT, ale mimo wszystko, żeby choć małej strategijki nie przygotować? Teraz - jak to mają w zwyczaju byli ministrowie finansów - przebywa za granicą.

Rolę Raczki wziął na siebie Jerzy Hausner. A właściwie - rolę Kołodki, bo pierwociny planu Hausnera powstały jeszcze, gdy na Świętokrzyskiej chleb krajał ulubiony autor Michaela Jacksona.

Reklama
Reklama

Cel był oczywiście jeden - naprawić finanse publiczne. A przy okazji trzeba było zatrzymać spadek złotego. Bo rząd wprawdzie kocha eksporterów i lubi słabego złotego, ale nie kocha ich aż tak bardzo, aby wpaść w te przeklęte procedury ostrożnościowe. A wtedy istniało takie ryzyko, że dług publiczny przekroczy poziom 55% PKB w 2004 r., co mogłoby doprowadzić do konieczności równoważenia budżetu w roku 2006.

Co proponował Hausner? Ot, obniżkę podatku od firm do 19% (Kołodko dawał 24%, więc przedsiębiorcy jakoś go nie poparli). A poza tym - standardowo - racjonalizację wydatków socjalnych (czyli - po polsku - cięcia), podwyżki w VAT, wyrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz późniejsze przechodzenie na emeryturę. Oraz - i to było najlepsze - oszczędności na gabinetach politycznych, rozmowach komórkowych, etatach i innych bździnach, jakie panu wicepremierowi przyszły do głowy. Rząd co jakiś czas zbierał się i słuchał, jak mu Hausner raportował, że urzędnicy mniej przez komórki rozmawiają i wyjeżdżają w krótsze podróże służbowe.

Cały plan miał dać albo 32 mld, albo ponad 50 mld zł - zależy, jak liczyć - w ciągu trzech lat. Miał, bo oczywiście nie dał.

Teraz Jerzy Haunser - jak to zwykle reformatorzy - żegna rząd, nim upłynie czas urzędowania gabinetu. Nie wyjeżdża, ale będzie zakładać partię centrową. Janusz Steinhoff już ma Partię Centrum.

Choroba zawodowa?

Wydawało się, że Mirosław Gronicki nie będzie się wygłupiał z reformowaniem finansów. Rząd miał być na rok tylko, poparcia ma tyle, co kot napłakał. Więc - z czym do ludzi? Ale widać albo coś jest w atmosferze gmachu Ministerstwa Finansów, albo nowy minister utrzymywał zbyt bliskie kontakty z poprzednikami, choćby premierem Belką - i się zaraził. Po roku nie wytrzymał i przedstawił kolejną strategię poprawy finansów publicznych. Strategia niewielka, tylko na kilkanaście miliardów - ale zawsze. Co z nią będzie, jeszcze nie wiadomo. Ale wiadomo już, że opozycyjne ugrupowania też mają własne strategie naprawy finansów publicznych.

A więc cdn.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama