Ubiegłoroczny i tegoroczny wysyp nowych firm na giełdzie przekonuje, że istniejące procedury czy wymogi stawiane debiutantom nie są istotną barierą dla spółek, które chcą uzyskać publiczny status i pojawić się na parkiecie. Taką barierą nie są także koszty. Te kształtują się rozmaicie. Czasem pochłaniają istotną część uzyskiwanego od inwestorów kapitału (np. niespełna 7% w przypadku Zetkamy czy ponad 12% w przypadku Graala, choć tu proporcje wyglądałyby trochę lepiej, gdyby przedsiębiorstwu udało się sprzedać wszystkie oferowane walory). Można jednak znaleźć inne przykłady, wskazujące, że oferta realizowana niewielkim nakładem sił i środków ma również szansę powodzenia. Wystarczy przywołać w tym miejscu Próchnik. Miał on wprawdzie tę przewagę nad spółkami dopiero kandydującymi do notowań, że jego giełdowa historia jest tak długa, jak długie jest życie GPW, ale jednocześnie miał tę wadę, że emitował akcje, ratując się przed bankructwem. Ostatecznie uplasował na rynku papiery o wartości ponad 17 mln zł za niespełna 300 tys. zł (ok. 1,6%). Tu jednak ostrzeżenie: sztuka, która udaje się "starej" giełdowej firmie, debiutantowi raczej się nie uda. Nowe spółki, które chciałyby "sprzedać" inwestorom słabe wyniki finansowe, nawet przy dużo wyższych nakładach na promocję oferty, nie mają czego na rynku publicznym szukać. Giełda nie powinna być miejscem dla słabeuszy.
Przed drzwiami giełdy
Jakie mogą być przyczyny, dla których nie wszystkim spółkom udało się ostatnio zrealizować plany i wejść na GPW? I to nawet tym, które poniosły spore koszty (dla przykładu Cinema City International na przygotowanie oferty musiała wysupłać prawie 1,8 mln euro, czyli ponad 7 mln zł).
Nie można wykluczyć, że część przedsiębiorstw składała deklaracje co do wejścia na parkiet na wyrost, chcąc rozbudzić zainteresowanie potencjalnych inwestorów. Bliższa analiza warunków, jakie musiałyby spełnić, mogła ich zniechęcić do rynku publicznego. Część firm mogła się także przeliczyć ze swoimi możliwościami i nie była w stanie zaprezentować dobrych wyników finansowych. Dotyczy to zwłaszcza przedsiębiorstw reprezentujących branże, które od lat przeżywają kłopoty. Z tego powodu niektóre spółki (np. Fer, szyjąca odzież) od lat tkwią w tzw. giełdowej zamrażarce, opisywanej w poprzedniej wkładce z "Z PARKIETEM na parkiet".
Być może niektóre podmioty ...nigdy nie miały zamiaru zaistnieć na GPW. Chciały jedynie uzyskać efekty marketingowe, deklarując chęć upublicznienia akcji. Warto pamiętać, że takie zachowanie jest balansowaniem na granicy prawa. Deklaracja "chcemy przeprowadzić ofertę publiczną" oznacza nie tylko, że firma ma giełdowe ambicje, ale też że ma zamiar sprzedać akcje. Jeśli taka deklaracja składana jest publicznie, może naruszać przepisy Prawa o publicznym obrocie. Zwłaszcza gdyby się okazało, że była tylko zasłoną dymną, a jej celem było jedynie poinformowanie jak najszerszego grona zainteresowanych o tym, że spółka jest na sprzedaż.