Z rynku opadła niepewność, jaka towarzyszyła prognozom skali obniżki stóp procentowych przez RPP. Samo to wystarczyło, by ucieszyć inwestorów. Zachowanie rynku po komunikacie RPP było bardzo przyzwoite. Daleki jestem od euforii, czy namawiania do kupna, ale w czasie naszych zwyżek główne indeksy w Eurolandzie były na minusach, rynki naszego regionu też wyraźnie spadały (PX50 -2,1%), a w tym wszystkim należy pamiętać, że amerykańskie indeksy balansują na wsparciach. WIG20 i kontrakty były cały tydzień w ramionach (ramionach odwróconej RGR?) konsolidacji, ustalonej zeszłotygodniowymi ekstremami i mimo takiego otoczenia poprawiały czwartkowe szczyty. To wyraz siły rynku.

Należy jednak mocno podkreślić, że choć obroty wyraźnie wzrosły po decyzji RPP i na rynku pojawiły się nawet ogromne pojedyncze transakcje (PEO, TPS), to mimo wszystko dalej na całej sesji zarobiliśmy tylko 300 mln. Absolutnie nie jest to zachowanie analogiczne do wzrostu trwającego od połowy stycznia do przełomu lutego i marca. Wtedy niemal każda taka wzrostowa sesja uwiarygodniona była właśnie gigantycznym obrotem, świadczącym wyraźnie o wchodzącej do nas zagranicy. Teraz niczego takiego przy tej próbie wzrostu nie widać.

Jeden dylemat na ten tydzień mamy już za sobą, choć oczywiście spory o wydźwięk konferencji RPP (prognozy kolejnych obniżek) toczyć można bez końca. Teraz głównym czynnikiem wpływającym szczególnie mocno na waluty (indeksy) naszego regionu będą amerykańskie dane makro. Sama dzisiejsza ich porcja jest imponująca, ale biorąc pod uwagę, że dla indeksów rynków wschodzących dwie najbardziej destrukcyjne fale wzrostu rentowności amerykańskich papierów rozpoczynały się tuż po publikacji payrolls, to właśnie piątkowy raport z rynku pracy będzie teraz giełdową latarnią.