Krajowe rynki finansowe zareagowały na środową decyzję RPP o obniżce stóp wzrostami cen akcji, obligacji i złotego. Ta radość wydaje się, niestety, raczej przedwczesna. Rada zdecydowała się na pierwszą obniżkę stóp po roku od rozpoczęcia fazy spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego, prawie 12 miesiącach silnego umocnienia złotego, 7-10 miesiącach od rozpoczęcia fazy spadku dynamiki wskaźników inflacji i po 8 miesiącach od początku fali wzrostu cen krajowych obligacji RPP. Niestety - jeśli typowe opóźnienia występujące w przeszłości się utrzymają - to krajowa gospodarka nie odczuje w tym roku pozytywnego wpływu niższych stóp procentowych.

Również marcowe osłabienie złotego (najsilniejsze od roku) zacznie wpływać na poprawę sytuacji gospodarczej dopiero w przyszłym roku. Roczna dynamika produkcji przemysłowej powinna zatem spędzić większą część pozostałej części roku poniżej zera, co powinno przekładać się na ujemną dynamikę roczną ogólnego poziomu cen akcji. Jeśli chodzi o rynek obligacji, to - rzeczywiście - dezinflacyjny etap spowolnienia gospodarczego jest optymalną dla obligacji fazą cyklu koniunkturalnego. Niestety, spadek dynamiki wzrostu gospodarczego, a przede wszystkim spadek tempa inflacji jest zabójczy dla budżetu polskiego rządu, o czym się można było w szczególnie spektakularny sposób przekonać w latach 2001-2003.

Minęły 4 lata i - moim skromnym zdaniem - polska gospodarka znalazła się w dokładnie tym samym punkcie cyklu gospodarczo-politycznego, to znaczy w sytuacji, w której spadek tempa wzrostu gospodarczego i inflacji powinien doprowadzić w roku wyborczym do eksplozywnego wzrostu deficytu budżetowego (co zresztą już się rozpoczęło). Nasz rynek obligacji zdaje się żyć obecnie w błogiej nieświadomości, że oparty na nieracjonalnych założeniach ubiegłoroczny budżet musi się w ciągu najbliższych miesięcy okazać fikcją. Podobnie działo się w marcu 2001, po pierwszej w ówczesnym cyklu obniżce stóp RPP, a przed półroczną korektą na długim końcu krajowej krzywej rentowności.