Członek rady nadzorczej jednej z giełdowych spółek zaniepokoił się raportem finansowym firmy. Nagle zaczęły rosnąć jej koszty. Jego zaniepokojenie wzmógł anonim, który trafił do amerykańskiej siedziby spółki-matki. To wystarczyło, aby zatrudnić śledczych z PricewaterhouseCoopers.
Audytorzy najpierw "na widelec" wzięli wiceprezesa odpowiedzialnego za zakupy. W środku nocy skopiowali dysk twardy jego komputera. Informatycy wśród dawno już wymazanych plików znaleźli faktury angielskiej firmy doradczej, która rzekomo świadczyła usługi dla badanej spółki. Śledczy zaczęli analizować sprawę głębiej. To właśnie te rachunki spowodowały wzrost kosztów. Wkrótce okazało się, że wiceprezes był jednocześnie udziałowcem angielskiego doradcy. Ale to był czubek góry lodowej.
O całej sprawie - co również wyszło w śledztwie - od dawna wiedział prezes przedsiębiorstwa. Wiedział i nie powiedział, bo rachunki na różne materiały i usługi, w tym dostarczane po zawyżonych cenach półprodukty i surowce oraz fikcyjne usługi doradcze, od dawna przechodziły przez ręce szefów firmy. Prowizją dzielili się z pośrednikami, a straty spółki się pogłębiały. W efekcie wymieniony został cały zarząd spółki. - Wiąże nas tajemnica, nie mogę zdradzić nazwy tej firmy - tłumaczy Dariusz Cypcer, wicedyrektor w zespole ds. śledztw i ekspertyz gospodarczych PricewaterhouseCoopers. Mało kto wie, że raport jego firmy był powodem spektakularnej zmiany w zarządzie badanego przedsiębiorstwa. Ale jeszcze mniej osób wie, że przygotowali go audytorzy śledczy, przedstawiciele prawdziwej elity zawodu.
Zaczęło się od Rywina
Wysyłasz w biurze e-maile z prywatnej skrzynki? Zostawiasz na biurku ważne dokumenty? Spotykasz się w miejscach publicznych w sprawach biznesowych? Uważaj. Wszystko, co robisz, może być obserwowane przez audytorów śledczych lub wynajętych przez nich detektywów.