Badania, sporządzone przez oddział amerykańskiej Rezerwy Federalnej z St. Louis wykazały, że ładni pracownicy średnio zarabiają o 5% więcej na godzinę niż ich brzydsi koledzy i koleżanki. Wprawdzie na pierwszym miejscu wciąż pracodawcy stawiają takie elementy, jak wykształcenie czy doświadczenie zawodowe zatrudnionego, ale z dwóch osób o tych samych kompetencjach na wyższe apanaże może liczyć ta, która "przynajmniej teoretycznie" jest ładniejsza.
Tzw. premia za urodę, bo tak potocznie nazywa się za Atlantykiem to zjawisko, jest uzależniona od zawodu. Trudno się spodziewać, żeby właściciel spółki zajmującej się wywozem śmieci czy dział kadr w kopalni oceniali pracownika pod kątem jego zewnętrznej atrakcyjności. Jednak sytuacja diametralnie zmienia się w tych instytucjach, gdzie zatrudniony na co dzień kontaktuje się z innymi osobami. Raport wskazuje tu na przykład adwokatów, zwłaszcza tych zatrudnionych w firmach prywatnych. Ładni i eleganccy reprezentanci palestry mogą liczyć na zarobki nawet o kilkanaście procent wyższe niż ich "przeciętni" koledzy.
Dla równowagi Fed obliczył też jednak inny indeks, dla osób o urodzie "poniżej średniej", który pokazuje, że ich płace są o ok. 9% niższe od przeciętnych.
"Premia za urodę" to tylko jeden z wielu rozlicznych oryginalnych wskaźników, w których lubują się ekonomiści, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Obliczono np., że w latach 1981-1988 kobiety z widoczną nadwagą zarobiły o 17% mniej niż szczupłe koleżanki. Istnieje też bardzo dokładne wyliczenie, ile wynosi tzw. męska "premia za wzrost". Otóż przy każdym calu wzrostu powyżej amerykańskiej średniej mężczyźni mogą liczyć na 1,8-proc. wzrost wynagrodzenia.