Pierwszy projekt, opracowany przez ministerstwo gospodarki, trafił do Sejmu w maju ub.r. Zakładał, że budżet państwa będzie wspierał finansowo te firmy, które planują inwestycje o wartości co najmniej 40 mln euro lub utworzenie minimum 500 nowych miejsc pracy. Aby otrzymać pomoc, inwestor musiałby sam sfinansować najmniej połowę kosztów, a dotowana inwestycja musiałby funkcjonować minimum pięć lat. Jak argumentował główny autor projektu wiceminister gospodarki Krzysztof Krystowski, ustawa będzie doskonałym narzędziem podczas negocjacji z inwestorami i pozwoli skuteczniej przyciągnąć ich do Polski.

Projekt spotkał się jednak z ostrą krytyką. Argumentowano m.in., że jest niedopracowany legislacyjnie i będzie sprzyjał korupcji. W efekcie w marcu br. posłowie go odrzucili.

Kilka tygodni później, w niezmienionym kształcie, wrócił do Sejmu już jako projekt poselski. I znowu pojawiły się liczne głosy krytyki m.in. ze strony przedstawicieli Narodowego Banku Polskiego.

Według nich ustawa jest zbędna. Polska i tak jest wystarczająco atrakcyjna dla zagranicznych firm, aby tu lokowały swe inwestycje. Atutem naszego kraju jest przynależność do Unii Europejskiej oraz to, że nasze przepisy są zgodne z uregulowaniami, jakie obowiązują w państwach OECD.

Ponadto - jak argumentuje Ewa Sadowska-Cieślak, doradca prezesa NBP - wydawanie budżetowych pieniędzy na przyciągnięcie inwestycji, co zakłada projekt ustawy, może utrudnić zmniejszanie deficytu. Efektem będzie późniejsze spełnienie kryteriów strefy euro i późniejsze przyjęcie wspólnej waluty. - A na tym wszyscy stracimy - mówi E. Sadowska-Cieślak.