Ucieszyłem się jak prosty człowiek, gdy kilka miesięcy temu nasi drodzy prawodawcy zdelegalizowali w końcu tzw. system argentyński. - Nareszcie koniec tym oszustwom - pomyślałem z ulgą. Szybko jednak okazało się, że moja radość była co najmniej przedwczesna...
Dziesiątki, a może setki razy słyszałem i czytałem o naciągaczach z "argentyńskich" firm i o smutnych konsekwencjach robienia z nimi interesów. Niestety, instytucje tego typu wciąż działają. Co więcej, kontynuują swój haniebny proceder, choć systemy samofinansujące się - a do takich przecież należy system argentyński - zostały prawnie zakazane. Przedstawiciele tych firm jak ognia unikają tylko wszystkiego, co mogłoby sugerować potencjalnym klientom, że są właśnie wciągani do "argentyny".
W konsekwencji nadal prawie nikt, kto przychodzi do tego typu instytucji, nie wie, w co tak naprawdę się ładuje. Wpuszczeni w to "argentyńskie tango" nie mogą się dowiedzieć, jakie przysługują im prawa, a przede wszystkim nie zdają sobie sprawy, na jakiej zasadzie działa system. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że zasady funkcjonowania podobnych systemów są tak konstruowane, aby maksymalnie utrudnić potencjalnym klientom ustalenie co i kiedy im się należy. Po drugie zaś dlatego, że przedstawiciele podobnych firm często nierzetelnie informują o faktycznych warunkach otrzymania oczekiwanych świadczeń.
Tak jak kiedyś, tak i teraz, gdy wciągnięty w system w końcu orientuje się, w co wdepnął, najczęściej jest już za późno, aby wygrzebać się z tego, unikając poważnego uszczerbku finansowego. Nadal wpłaca więc pieniądze, licząc, że kiedyś uśmiechnie się do niego szczęście i wkład odzyska. Co bardziej naiwni łudzą się nawet, że zainwestowane kwoty odzyskają z nawiązką. Nic bardziej błędnego. Prawda jest taka, że nawet zaszycie pieniędzy w materacu jest bardziej opłacalne, niż wpuszczenie ich w "argentynę".
- To przesadnie pesymistyczny obraz - powie ktoś . - Przecież stróże prawa zamykają wciąż kolejne "argentyńskie" firmy, a ich właścicieli i prezesów wsadzają za kratki.