Dwa ukształtowane coraz niżej dołki na wykresie S&P 500 potwierdzają, że kupujący amerykańskie akcje znajdują się od kilku tygodni w odwrocie. Indeks opuścił też czteromiesięczną konsolidację, co każe spodziewać się osiągnięcia przynajmniej 1100 pkt. Natomiast negatywna dywergencja na tygodniowym MACD, najniższy poziom od sierpnia minionego roku dziennego MACD, czy przecięcie od góry 100-sesyjnej średniej kroczącej przez średnią kroczącą z 45 sesji przestrzegają przed dłuższym okresem dekoniunktury.
Szczyt z początku 2004 roku działa jak magnes
Wiele elementów wskazuje na to, że amerykańskie giełdy znalazły się w kluczowym miejscu z punktu widzenia możliwości kontynuacji dwuletniej hossy. Patrząc na średnią kroczącą z 250 sesji dla S&P 500, która wyraża przeciętną wartość indeksu za ostatnie 12 miesięcy, widzimy, że w tym roku ma ona ogromne trudności z podtrzymaniem dotychczasowego tempa wzrostu. W kwietniu średnia przyrastała o zaledwie 0,1% na sesję, podczas gdy w I kwartale tempo to było dwukrotnie większe, w IV kwartale 2004 r. 3,5-krotnie większe, a w całym 2004 r. - 6 razy. Jednocześnie indeks znów ma trudności z pozostaniem powyżej średniej. Jak pokazują doświadczenia z drugiej połowy minionego roku, to niekoniecznie musi oznaczać powstanie sygnału sprzedaży. W sierpniu 2004 r. S&P 500 znalazł się 2,6% poniżej 250-sesyjnej średniej kroczącej, następnie w październiku o 1,3% przekroczył ją w dół. Jednocześnie fala wzrostowa, rozpoczęta na przełomie III i IV kwartału 2004 r. po testowaniu średniej, była dość słaba i pozwoliła indeksowi w szczytowych punktach oddalić się od niej na 7,5%. Podczas zwyżki z 2003 r. w kulminacyjnym momencie było to ponad 17,5%.
Wobec powyższego warto obserwować zachowanie indeksu wobec 250-sesyjnej średniej - spadek S&P 500 o więcej niż 2,6% poniżej niej byłby kolejnym argumentem przemawiającym za rozpoczęciem głębszej i trwalszej przeceny na parkietach w USA. W tej sytuacji graniczną barierę można wyznaczyć na poziomie 1117 pkt.
Wykres miesięcznej stopy zwrotu, która w przypadku indeksu S&P 500 od początku 2004 r. zmienia się bardzo regularnie w przedziale +/-5%, wysyła uspokajające sygnały. Podczas ostatniej fali spadkowej kupując akcje wchodzące w skład "pięćsetki" i trzymając je przez miesiąc można było maksymalnie stracić 3,8%. Zatem dynamika wyprzedaży nie odbiegała od obserwowanej w poprzednich kilkunastu miesiącach. Kluczowe będzie teraz to, w jak dużym stopniu wykres miesięcznej stopy zwrotu wzrośnie. Poprzednim razem, gdy ustanawiał dołek pod koniec stycznia tego roku, zdołał dotrzeć do zaledwie 3%. Jeśli teraz w kolejnych dniach nawet tego nie uda się osiągnąć, będziemy mieli kolejny znak słabnięcia popytu. Gdyby indeks S&P 500 poniósł przez miesiąc stratę większą niż 5%, otrzymalibyśmy ostateczny sygnał, że rynek znalazł się w objęciach bessy. Taka sytuacja może jednak wystąpić dopiero w bardziej zaawansowanym stadium trendu malejącego. Obecnie bardziej wartościowe sygnały będą płynąć z obserwacji tego, jak bardzo podniesie się stopa zwrotu po ustanowieniu dołka.