O ile czwartkowa zwyżka na rynku amerykańskim nie była zaskoczeniem, to jej rozmiary na pewno tak. S&P 500 zyskał tego dnia 2% i był to największy wzrost indeksu od 1 października 2003 roku. Wracanie do wydarzeń, które miały miejsce kilka dni, z reguły nie jest w dzienniku dobrze widziane. Ale tym razem warto choćby po to, żeby stwierdzić, jak niewiele dała bykom ta dość gwałtowna akcja. Ruch cen nastąpił w przestrzeni wolnej od wszelkich linii oporu i tym samym nie wiążą się z nim sygnały kupna (część inwestorów za taki może uznać sam fakt pojawienia się na wykresie wysokiej białej świecy). Ponieważ piątkowe notowania rozpoczęły się od spadków, nic nie wskazuje na to, żeby doszło do przełamaniaoporu wyznaczanego przez połowę wysokiej czarnej świecy sprzed dwóch tygodni. Na razie zatem mamy do czynienia tylko z ruchem powrotnym do wsparcia na 1160 pkt. Wysokość konsolidacji, z której wykres wybił się przed dwoma tygodniami, wskazuje, że S&P spadnie w okolice 1100 punktów. To jest w dalszym ciągu podstawowy scenariusz.

Takie też przekonanie dało się odczuć w piątek na giełdach europejskich. Impuls zza oceanu dotarł do Europy mocno stłumiony. Trendy spadkowe na wykresach indeksów reprezentujących najważniejsze rynki (DAX, CAC-40, FT-SE 100) nie zostały naruszone. Jedyny plus to utrzymanie w konsolidacji szwajcarskiego SSMI. Warto zwrócić uwagę, że zasięg spadku wynikający z wysokości głowy z ramionami, która została zbudowana na wykresie Dow Jones Euro Stoxx (w skład indeksu wchodzą największe europejskie spółki), został już zrealizowany. Nie oznacza to zakończenia trendu spadkowego, ale wyznacza dobry moment do rozpoczęcia korekty. W jej trakcie DJES nie powinien przekroczyć 3 tys. pkt, co oznacza, że potencjał wzrostowy wynosi jeszcze tylko 1%.

Serię sześciu spadkowych serii przerwał w piątek węgierski BUX. Od historycznego maksimum z 1 marca (18 673 pkt) indeks stracił ponad 12%. To największa korekta od dwóch lat. Sygnałów jej zakończenia nie ma.